Wyspy Towarzystwa – część I – kolejne dni na przepięknej Polinezji

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Pakuję browary i swoją cierpliwość do kajaka, by po paru minutach zasiąść przy stole z kilkoma polinezyjczykami. Grają oni i śpiewają swoje lokalne piosenki, a grupka żeglarzy siedząca tam z nimi wesoło rozmawia na różne tematy. Z browarów oczywiście każdy jest zadowolony, jednak informacje z jakimi przybywam budzą już zwątpienie. W tym samym czasie, siedząc w kajucie z herbatką i patrząc w ekran Gienia czyta przewodniki, a z każdym zdaniem jest coraz bardziej pewna swego. Są to fakty odnośnie wiadomości z którymi przychodzę i które zmieniają naszą dalszą trasę. Planowane Tahiti, musi poczekać – żeglujemy na Moree, oznajmia nam kapitan następnego ranka po wcześniejszej rozmowie ze swoją dziewczyną. Musimy ruszać wcześniej – dodając.

Żegluga do kolejnego archipelagu przyniosła nam dużo wrażeń. Mieliśmy kilka drobnych prac, wymieniliśmy olej w silniku i wszystko szło dobrze do czasu, gdy zaczęły się pojawiać problemy. Najpierw skończył się nam gaz, więc nie mogliśmy nic ugotować. Potem okazało się, że nie mamy papieru toaletowego, a ponadto jacht zaczął nabierać wody przy wirniku. Wydaje mi się, że to jednak koniec rumu i bardzo niski poziom browara przekonał Johna do podjęcia męskiej decyzji i zmiany kierunku na Tahiti (kurs między Mooreą, a Tahiti był zmieniany kilka razy, a w pewnym momencie na dwóch urządzeniach były ustawione dwa różne kierunki, więc ciężko było połapać się, gdzie w ogóle płyniemy).
„Złowiliśmy” też po drodze chyba największą rybę z jaką kiedykolwiek mogłem się siłować. Gdy była już przy łódce, po 20 minutach walki skończyła zabawę i w sekundę oddaliła się, by wypluć przynętę, która przy tak dużym napięciu strzeliła w łódkę z 30 metrów. Nie minęło pół godziny, gdy kolejna ryba złapała haczyk. Tym razem nie było zabawy. Linka strzeliła po paru sekundach. Koniec połowów na jakiś czas. Nie mam pojęcia co to było za miejsce i jakie ryby tam pływały, ale musiały być ogromne!

Tahiti

Tahiti to największa wyspa na Polinezji Francuskiej, ze stolicą Papetee, która liczy sobie aż 100 tys. mieszkańców. W dosłownym tłumaczeniu nazwa tego miasta oznacza wiadro wody, którą może zawdzięczać licznym wodospadom znajdującym się w pobliżu. Można by tutaj zacząć się rozwodzić o historii i o ludziach tworzących ruch oporu przeciw Francji i ukrywających się gdzieś w dolinach, ale mnie ta historia, którą bardzo skromnie zgłębiłem, nie urzekła i nie będę jej tutaj opisywać. Wjeżdżając do Tahiti mamy przekonanie, że będziemy zacumowani w marinie, mieli łatwe zejście na ląd i dużo spokoju. Nie jesteśmy mocno zadowoleni z wiadomości, że znowu będziemy na kotwicy. Już pierwszego dnia załatwiamy najważniejsze rzeczy i mamy więcej czasu na zwiedzanie.

Drobne prace na maszcie. Na kotwicy trochę buja, a u góry jest to bardziej odczuwalne. Majta mną na lewo i prawo na odległość około 1 m.

Trzeba coś przekąsić, czyli profesjonalne gotowanie owocu chlebowego w moim wykonaniu.

Cywilizacja.

W kościele klimat też jakiś inny. Oprócz tych czytających za filarem śpi jeden mężczyzna.

Pierwsze kroki na wyspie stawiamy w mieście. Co prawda nie należy ono do dużych, ale po miejscach jakie odwiedziliśmy w ostatnim czasie, sprawia na mnie wrażenie betonowej dżungli. Czuję się tu dobrze, ale jeszcze lepiej, gdy wkładam plecak na ramiona i wyciągam kciuka w górę. Razem z Termometrem wyjeżdżamy zwiedzać wyspę dookoła.

Termometr łapie stopa 10 min, co na Polinezję to bardzo długi czas oczekiwania. Robimy zmianę i zatrzymuje się na mój kciuk drugie przejeżdżające auto. Przypadek?

Główna droga prowadzi cały czas przy wybrzeżu, ale my odbijamy i celujemy w samo serce Tahiti. Otaczające widoki z wieloma wielkimi wodospadami towarzyszą nam aż do górskiego hotelu. Będąc w połowie drogi dowiadujemy się, że dalej o stopie możemy zapomnieć ze względu na jednego wariata, który przegania turystów szczując ich psami. Otrzymujemy też informację o pobliskich atrakcjach. Miejsce jest cudne, a moje oczy robią się jak pięciozłotówki, gdy przewodnik, którego zagadaliśmy zaczyna opowiadać o kilkumetrowej naturalnej zjeżdżalni na wodospadzie, kończącej się parometrowym skokiem do małego 3 metrowego jeziorka pod nim. Chcę zostać na noc. Niestety Termometr nie podziela mojego entuzjazmu, a mnie w ustalonym czasie nie udaje się znaleźć wymarzonego miejsca. Jeszcze chwila „dylematów” i wracamy tą samą drogą. Ta cała sytuacja uświadamia mi, jak długo razem już podróżujemy i jak wiele kompromisów musiało zostać podjętych, by dalej móc się dogadywać. Zdecydowanie potrzebujemy trochę od siebie odpocząć.

Trzy pachołki. Ten trzeci zrobił zdjęcie.

Nie zawsze jest podwózka. Czasem trzeba iść.

Gdy docieramy do głównej drogi zaczyna się już robić ciemno. Kierowca, który się nam zatrzymuje jest kompletnie pijany, o czym siedząc na pace uświadamiamy sobie, dopiero gdy robi on pauzę na piwo. Będąc wstawionym jeździ dużo szybciej niż przeciętny kierowca i wchodzi w zakręty mało pewnie. Krzyczymy mu cały czas żeby zwolnił, a ostatecznie wysiadamy bojąc się o własne życie kilka kilometrów przed celem. Mamy jednak szczęście i jeszcze tego dnia łapiemy ostatni transport do miejscowości Taravao, która łączy dwie części wyspy: Tahiti Nui wraz z Tahiti Iti. Na obrzeżach miasteczka słyszymy narastające dźwięki bębnów. Tak, to jest idealne miejsce na kolację. Idziemy tam! Na miejscu patrzymy na grupkę 20 ludzi walących w skórę naciągniętą na kawałku drewna. Siedzą oni w kółku, a my siadamy obok nich, wyciągamy kuskus z tuńczykiem i wcinamy. Rytm jest bardzo przyjemny, ale pozwalają nam go nagrać dopiero jak mówimy, że jesteśmy z Polski. Bez wątpienia musi to być ich popisowy numer przygotowany na zbliżający się festiwal muzyki i tańca.

Zdjęcie może nie jest pierwszej jakości, ale klimat był niepowtarzalny.

Oddalając się kilkaset metrów dalej woła nas chłopak na skuterze. Widząc nas z plecakiem i słysząc, że mamy zamiar spać w namiocie, każe czekać na swoją siostrę, która ma nas zabrać do swojego domu. Nie mija 5 minut, a podjeżdża jakaś obca kobieta i także proponuje swoje miejsce. Nie chcąc czekać na siostrę, ładujemy się do samochodu i korzystamy z szybszej okazji. Domek, który służy rodzinie za miejsce spotkań weekendowych i smacznych grilli, jest naszym domem przez tę jedną noc. Właścicielka Valeriana ma tam dostęp do laguny i kajaki, z których możemy korzystać kiedy tylko zechcemy. Poznajemy jej siostrę, która przyjeżdża ze ślicznymi córkami, kuzyna, a następnego dnia także jej dzieci, które razem z nią odbieramy ze szkoły. Mam wrażenie, że jej gościnność nie ma granic. Przyjeżdżając rano do domu, przywozi nam śniadanie, zaprasza na kawę, częstuje lokalnym jedzeniem, a nawet zabiera na wycieczkę na plażę, która jest sławna z odbywających się tam turniejów surfingowych. Jej dzieci wcale nie są gorsze. Córeczka wbija do kurnika i daje nam świeże jajka (które oddajemy gdy ona nie patrzy, bo jedyne, co możemy z nimi zrobić to spaskudzić plecak), oraz swoje rysunki nad którymi pracowała w szkole. Od dziewięcioletniego Hiti Ati (czy jakoś tak… nie sposób zapamietać ich imion), którego imie oznacza walczącego wojownika, dostajemy petardy. Już tęskniąc za tą wspaniałą rodzinką i mając nadzieję na ponowne spotkanie, wracamy do Papetee, gdzie musimy pożegnać jeszcze jedną osobę – naszą kapitanową, która wskakuje w samolot i wraca do Czarnogóry.
Na ostatnie dwa dni spędzone w stolicy przenosimy się do mariny. Tam polerujemy jacht dokładniej i sumienniej niż kiedykolwiek. Czas opuścić Tahiti i ruszyć dalej na południe.

Ci ludzie są mega sympatyczni.

Z Valerianą wybieramy się nad zatokę, która jest słynna z turniejów surfingowych.

Ostatnie wspólne zdjęcie z Gienią.

Przygotowania do festiwalu Heiva na stadionie.

Moorea

Moorea jest wyspą, oddaloną zaledwie kilkanaście mil od Tahiti. Mamy do niej duże oczekiwania, ze względu na informacje umieszczone w przewodnikach. Termometr czytając artykuły układa nam bardzo fajny plan zwiedzania. Standardowo, jedziemy dookoła, ale tym razem jesteśmy pewni, że nie mienimy nic wartego uwagi.
Autostop jak na całej Polinezji Francuskiej działa bezbłędnie. Już po paru minutach mamy sympatycznego kierowcę, który zawozi nas na przepiękną plażę. Od plaży, jeszcze większe wrażenie robią postawione tam na palach domki – bungalowy. Jedna noc spędzona w takim miejscu pociągnie klienta po kieszeni około 600 dolarów. Kręcimy się tam po okolicy jakbyśmy byli u siebie, robimy parę ujęć i wracamy na drogę. Odwiedzamy kolejną plażę, robimy mały trekking nad wodospad, zatrzymujemy się przy wiosce tiki, która jest niestety zamknięta, tak samo jak kościół, który jest najstarszym europejskim budynkiem na południowym Pacyfiku. Wykorzystujemy dzień na zwiedzanie pełną parą, a na zakończenie zatrzymują nam się dwie mega pozytywnie zakręcone Czeszki – matka i córka. Obie pełne energii. Rozmowa w naszych podobnych językach przerywana co chwila gromkim śmiechem, ładuje nasze baterie do końca dnia.

Bungalowy.

Lokalne piwo.

Czeszki pełne energii.

Kolejny dzień nie zapowiada się wcale gorzej. W planie jest kilkanaście kilometrów po górach, na które decyduje się także nasz kapitan, który do tej pory nie był fanem zbyt długich spacerów. Droga do góry, szlak po punktach widokowych, powrót inną drogą. Znajdujemy skrót. Ścieżka z początku wyglądająca po prostu na mało użytkowaną, z czasem całkowicie zanika. Jest już jednak zbyt późno na powrót. Trzeba iść na przestrzał. Kilka potknięć, poślizgnięć, nogi zaplątanych w bluszcz i inne haszcze, a także parę razy przyspieszone tętno przy większym poślizgu nad przepaścią. Trochę dodatkowych emocji podczas zwykłego spaceru wraz z dobrą lekcją, by nigdy więcej nie stawiać nogi wzdłuż korzenia – zawsze na propsie.
Świat jest mały! Następnego dnia spotykamy Rafała, którego poznałem już ponad rok temu na Wyspach Kanaryjskich. On i ja łapaliśmy wtedy jachtostop, by przekroczyć Atlantyk. Teraz spotykamy się na środku Pacyfiku! Niestety nie mamy dużo czasu, by dłużej porozmawiać, bo musimy przeparkować jacht, ale ugadujemy się na wspólne zwilżenie gardła na Bora Bora (niestety Rafał popłynął dalej, gdy my czekaliśmy tam na kapitana). Zaraz po spotkaniu zwijamy kotwicę i zmieniamy miejsce. Miejsce, w którym jest najlepsze snorkelowanie na wyspie. O ile podwodny tiki nie robi na nikim dużego wrażenia, to pływanie z rekinami i płaszczkami miażdży system. Nawet złapanie rekina za ogon nie może się równać z płaszczkami, które nie tylko nie boją się ludzi, ale potrafią z zaskoczenia wpłynąć na Ciebie przytulając się przyjaźnie. Tam przeżyłem najlepszy w swoim życiu snorkeling, w pobliżu pięknych widoków na góry i małych bungalołów przy wybrzeżu. Wracając na łódkę zacząłem czuć dziwne uczucie. Moja skóra zaczęła przybierać dziwne małe wybrzuszenia na rękach, sutki zrobiły się twarde, a wargi lekko sine. W tym momencie zacząłem sobie przypominać o istnieniu słowa „zimno”. Musiałem ubrać koszulkę, a podczas nocnej wachty, w trakcie 100 milowej przeprawy do kolejnej wyspy, pierwszy raz od niepamiętnych czasów (co najmniej pół roku) ubrałem bluzę. Ta żegluga nie należała do najłatwiejszych ze względu na duże fale i silny wiatr. Wtedy podczas gotowania, stojąc nad parującym garnkiem, przypomniałem sobie nawet, co to jest choroba morska.

Płaszczki.

Rekiny.

Raiatea

Każdemu z nas, raz na jakiś czas zdarza się dzień, w którym nie sposób zwlec się z łóżka. Wszytko, ale to wszystko mówi Ci, żebyś w nim został. Był to dla mnie właśnie taki poranek. Największym problemem było to, że ten ciężki długi dzień zaczął się na drugiej co do wielkości wyspie na Polinezji Francuskiej. Na wyspie, której prawdopodobnie nigdy więcej w życiu nie będę miał możliwości odwiedzić. Zbieram całą energię, by postawić pierwszy krok, który tak samo jak każdy następny jest męką.
Wioska do której wchodzimy jest drugą największą na Polinezji, ale liczącą sobie zaledwie 4 tys. mieszkańców. Ciężko sobie to trochę wyobrazić, ale takie są tutaj realia. Pierwsze wrażenia wydają się bardzo smutne, a wyspa jest tą najbrzydszą. Ta myśl bardzo, która jest subiektywna, ze względu na dementora czuwającego nad moją głową, w jakimś stopniu jest na pewno prawdziwa. Chodząc i wysysając energię z otoczenia, niemal rezygnujemy z wycieczki po wyspie. Z ciężkim sercem, zmuszamy się do pojechania do pierwszej atrakcji: trzech wodospadów. Trekking jest cudowny, widoki ładne, a każdy następny wodospad coraz to lepszy. U szczytu, przy ostatnim z nich, biorę zimną, orzeźwiającą kąpiel, po której wszystkie smutki odchodzą. Już bardziej pozytywnie nastawieni, decydujemy się na kontynuację wycieczki i łapiemy stopa do punktu archeologicznego. Są to jedne z najważniejszych ruin w całej Polinezji, ale tego dnia wyglądają dla mnie jak kupa poukładanych kamieni, a większą moją uwagę zwracają dwa młode psy, z którymi bawię się, zamiast zwiedzać.
Jadąc stopem często można usłyszeć ciekawą historię. Tutaj szef lokalnej policji opowiada nam o legendzie kokosa, która jest na tyle fajna, że chcę ją tutaj przytoczyć:
Wąż morski zakochał się w pięknej dziewczynie, która go nie chciała. Opowiedziała o jego zalotach bohaterowi, który postanowił zgładzić bestie. Uciął mu głowę, którą zapakował w worek i zaniósł w prezencie swojej wybrance prosząc, by nie kładła tej głowy na ziemi. Dziewoja jednak ze względu na skwar postanowiła orzeźwić się w strumyku i nie zwracając uwagi na prośbę swojego wybawcy, odłożyła ten pakunek, który w trakcie kąpieli zamienił się w drzewo, mówiąc do niej, że od teraz będzie go całować, pić jego krew i jeść jego mięso.
Każdy kokos ma trzy dziurki przypominający oczy i buzię. Jedna z tych kropek jest łatwa do otwarcia i przez nią pijesz krew węża, jednocześnie go całując. Mięso wcinasz, jedząc miąższ.
Po zwiedzeniu ruin decydujemy się na ambitny plan pojechania dookoła wyspy jeszcze tego samego dnia. Problemem okazuje się czas i musimy zrezygnować z tego pomysłu. Ja myślami jestem już na jachcie, siedząc, odpoczywając i sącząc kawkę. Leniwy wieczór okazuje się jednak tylko chwilką relaksu, ze względu na festiwal Heiva, który tutaj się właśnie odbywa (więcej o nim w następnym poście). Arena wysypana piaskiem i ozdobiona liśćmi palm, bananowców i różnych dziwnych roślin robi dobry klimat, ale największe wrażenie robią na mnie stroje tancerzy, a przede wszystkim tancerek. Sama muzyka jest głównie oparta na bębnach, hawajskiej gitarze i śpiewie – fajna, przyjemna, tropikalna, ale grana cały czas na jedno kopyto. Dobrze jest to zobaczyć i na jacht wracam z wielkim uśmiechem, gdyż jak na dzień w którym mało nie zrezygnowałem ze wstawania z łóżka, wydarzyło się bardzo wiele dobrego.

Woda trochę zimna.

Taha’a

Podczas gdy ja jeszcze spałem, Termometr i John złapali bojkę i zacumowali w pięknej zatoce. Kawę dopiłem już w pośpiechu, bo kapitan załatwił nam darmową wycieczkę do plantacji wanilii. Zajadając jeszcze w drodze ostatniego placka z owocu chlebowego wskoczyłem do dingersa, by wyruszyć na wycieczkę po Taha’i.
Wanilia to druga po szafranie najdroższa przyprawa na świecie. 85% jej produkcji odbywa się na Madagaskarze i tylko stamtąd jest ona importowana do Polski. Tutejsza odmiana jest troszkę inna, ale jak dla takiego smakosza i konesera jak ja, wszystko jest takie samo. Do tej pory, o wanilii wiedziałem praktycznie nic, ale tutaj miałem okazję się trochę do-edukować. Jest to roślina wspinająca się po drzewach jak bluszcz, ale nie będąca ani pasożytem, ani żyjąca w symbiozie (jest na to jakaś mądra nazwa, ale nie mogę sobie jej przypomnieć xD). Rosnące fasolki, które dają aromat potrzebują aż 2,5 roku dojrzewania i osiągają 15-25 cm. Po zerwaniu, są one suszone i krojone, lub fermentowane w alkoholu (mniam). Była to ciekawa wycieczka, podczas której wiele się nauczyłem i którą zakończyliśmy oglądając produkty lokalnego sklepu. Standardowa paczka 100 g fasolek wanilii była w cenie 180 zł, ale za to pół kilograma produktu, można było nabyć za zaledwie 900 zł. Fajnie było też spojrzeć na produkty jak: mydło waniliowe, olejek, rum i inne, ale o ich cenach już nawet wspominać nie będę.
Mapy w podróży są bardzo ważne. Bardzo popularną aplikacją działającą offline jest Maps.me. Jestem z niej bardzo zadowolony i gorąco polecam. Muszę jednak wspomnieć, że nie można jej ufać w 100 %, gdyż dla przykładu w górach w Peru potrafiła ona budować mosty, lub całe miasta, podczas gdy inne duże nie były w ogóle zaznaczone. Piszę o tym tutaj dlatego, iż w Polinezji Francuskiej jakiś „Orzeszek” przedzierając się na dzikusa przez dżunglę zaznaczył na mapach ścieżki. Na jedną taką złapaliśmy się na Moorei, a teraz wybierając się na treking po wycieczce na plantacji wanilii trafiliśmy na kolejną. Tym razem byliśmy trochę mądrzejsi i po krótkim wymagającym spacerze zawróciliśmy na właściwą ścieżkę (która nie pokrywała się z mapami).

Zatoka.

Wanilia świeża.

Wysuszona wanilia krojona na mniejsze kawałki.

John ze względu na sprawy biznesowe i brak czasu nie mógł z nami kontynuować wyprawy i wrócił na jacht. My z Termometrem ruszyliśmy dalej i po kilkukilometrowym spacerze w deszczu dotarliśmy na drugą stronę góry, gdzie zaczęliśmy łapać stopa. Natrafiliśmy jeszcze na jakiś festiwal, wzięliśmy jakieś numerki na loterię, ale nie byliśmy w stanie zrozumieć czytanych przez mikrofon liczb. Numerki oddałem pierwszej lepszej kobiecie, która przyjęła je z dużym uśmiechem. Mam nadzieję że coś wygrała!
Oglądając przepiękny zachód słońca za widoczną na horyzoncie wyspą Bora Bora złapaliśmy kolejnego stopa. Jeszcze raz tutaj muszę napisać że autostop na Polinezji jest niesamowicie łatwy, a podwózka zazwyczaj nie jest tam, gdzie kierowca zmierza, ale tam, gdzie my chcemy dojechać. Na domiar dobrego każdy Polinezyjczyk przejeżdżający, czy to na rowerze, czy na jakimkolwiek innym pojeździe śmieje się z naszych nie mniej uśmiechniętych mord i uprzejmie macha ręką, często pokazując w górę wyciągniętego kciuka.
Następnego dnia zmieniliśmy jeszcze zatokę, na tą, gdzie według przewodnika można zobaczyć najpiękniejszy zachód. Pogoda nam nie dopisała i jedyne co mogliśmy podziwiać to chmury. Słuchając nieustającego deszczu, spędziliśmy spokojny wieczór, by nazajutrz wyruszyć do znanej przez wszystkich Bora Bora!

Nasz kapitan wylatuje do Europy zostawiając swój jacht pod naszą opieką. Mamy ponad dwa tygodnie dla siebie na wypie, o której chyba każdy słyszał. Jest pięknie jak z obrazka, ale co robić na takim małym skrawku lądu przez tak długi czas?


  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Facebook Comments