Markizy, część I

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Odległość pomiędzy Galapagos, a Markizami jest ogromna. W naszym wypadku jest to dokładnie 3200 pokonanych mil morskich, których przepłynięcie zajmuje nam 24 i pół dnia, ze średnią prędkością 5,5 węzłów. Zamknięci na kilku metrach kwadratowych, w cztery osoby, bez większych problemów i w świetnych humorach docieramy do cudownych wysp Marquesas. Ale zacznijmy od początku…

Od początku

Planując żeglarską podróż dookoła świata, trzeba się liczyć z dłuższymi odległościami, bez możliwości postoju. Na Oceanie Atlantyckim często jest to odległość z Kanarów do Karaibów, zajmująca przeważnie od 2 do 3 tygodni. Podróżując jednak przez Wyspy Zielonego Przylądka, można pokonać Atlantyk z najdłuższym dystansem „zaledwie” 1200 mil, z wyspy Brava do wyspy Fernando de Noronah, tak jak ja miałem okazję to zrobić. Ocean Spokojny jest jednak troszkę większy i tutaj ta odległość także wzrasta. Z wysp Galapagos, kierując się na południowy-zachód najbliżej jest do wysp Wielkanocnych, ale warunki na taką podróż są niesprzyjające. W każdej książce proponowana jest trasa właśnie ta prowadząca na Markizy i z taką trzeba się liczyć. Jest to najdłuższa droga bez postoju dla zwykłego żeglarza pokonującego Pacyfik, a także cały glob.

Zachodzące słońce.

Płonące niebo.

Robota odwalona, żeglujemy! 🙂

Co robić?

Przestrzeń życiowa na jachcie jest bardzo ograniczona. Dni na Oceanie jest wiele i potrafią się one dłużyć. Co zatem robić?

Wiatr jest dość stały i stabilny, więc czas poświęcony sprawom żeglarskim w ciągu dnia, rzadko przekracza dwie godziny. Postawić żagiel, ściągnąć, wymienić – to są główne nasze obowiązki. Z nudów próbujemy nawet sztormowego żagla, którego odpalamy tylko po to, żeby go spróbować, gdyż narzekać możemy jedynie na niedostatek wiatru, a nie na jego nadmiar. Raz na parę dni warto zrobić jakieś większe porządki, ale to i tak nie zajmuje całego dnia… a poza tym kto by chciał spędzać całe dni sprzątając… Głównym zajęciem staje się czytanie ksiażek. Ja zwykle czytający nie więcej niż kwejka, mistrzów, czy ewentualnie jakieś ciekawe artykuły w internecie, zabrałem się za lektury i przeczytałem w tym czasie m.in. całą sagę o Wiedźminie. z polecenia mojego nie-koleGi (pozdrawiam).

Nie chcąc marnować tego całego czasu, przychodzą do głowy też bardziej ambitne plany, takie jak nauka języka francuskiego (który jest oficjalnym językiem na Polinezji), czytanie historii, lub innych edukujących pozycji (mamy kindle z pakietem 1200 ksiażek – jest w czym wybierać), czy też pisaniem postów i własnej ksiażki (ambicje Termometra). Jest to wysoko postawiona poprzeczka, a zabranie się za cokolwiek z tej listy, kończy się przeważnie: herbatką, kawką, wywalonym do góry brzuchem, podziwianiem ‚niesamowicie zmieniającego’ się krajobrazu, czy też nawet w skomplikowanę grę karcianą – wojnę.

Urozmaiceniem w ciągu dnia są powody do świętowania. Okrągła liczba przebytych przez nas mil, czy też tych pozostałych do celu. Uwierzcie mi, codziennie się coś znajdzie.

Dobrym zajęciem jest też połów, ale tutaj nie mamy dużego szczęścia. Oprócz dziwnych, wężowatych ryb z dużymi zębami, złowionych i wypuszczonych nocą, udaje nam się złapać tylko dwa średniej wielkości (ok 3kg) tuńczyki, które lądują w naszych żołądkach przygotowane na różne sposoby.

Z tego miejsca chciałbym też uhonorować Evgenie (dziewczynę kapitana), która świetnie gotuje i która umilała nam podróż przesmacznymi posiłkami.

Popływać można nawet się nie zatrzymując. Radzę jednak zawiązać jakąś linę, której można się złapać. 😀

Gennaker odpalony. Wielki ocean i malutki jacht. Tak przez cały ten czas.

Od czasu do czasu, można zobaczyć jakiś kontenerowiec. Ten konkretny, całkowicie zardzewiały chiński przewoźnik wyglądał jak widmo. Lubię to ujęcie. Pokazuje ono profesjonalny zoom, jaki można zrobić używając go-pro i lornetki.

Prowadzimy dzienniczek pokładowy. Wpisujemy najważniejsze informacje.

W końcu ląd!

Czas, który na początku się dłużył, zlatuje z dnia na dzień coraz szybciej. Człowiek, zaczyna się przyzwyczajać do rutyny i wyłączać niektóre zmysły. Atmosfera cały czas jest bardzo sympatyczna, a niemal każdy moment jest przeznaczony na relaksowanie się. Trwa to jednak trochę zbyt długo, gdyż istota zbudowana tak jak my, potrzebuje od czasu do czasu doznać jakiś silniejszych wrażeń. Konkludując – zbyt długie leżenie może doprowadzić do apatii i ogólnego zniechęcenia. Dlatego też cieszymy się jak małe dzieci, gdy możemy w końcu ujrzeć na własne oczy, długo już wyczekiwany ląd! No to świętujemy! Na zdrowie!
Najpierw wyspę zobaczyliśmy, potem ją poczuliśmy. Po tak długiej przerwie od lądu, zapach który do nas dotarł, aż zakręcił mi w głowie. Początkowo przypomniał mi on zapach mokrej gleby, przy wyrywaniu grzybów zagrzebanych głęboko pod ściółką. Chwilę później już wiedziałem, że podobna jest tylko jego intensywność, gdyż oprócz gleby cała barwa zapachów jej towarzyszących była od tropikalnych roślin i pachniała całkiem inaczej, niż cokolwiek mi do tej pory znanego. Do samej zatoki wpływamy już po zmroku, ale przy pełnym księżycu dającym nam dobrą widoczność, która jest tutaj niezbędna, gdyż zatoka jest dość ciasna i zmusza nas do zrzucenia dwóch kotwic. Na radiu słyszymy skarżącego się żeglarza, którego ktoś właśnie w perfidny sposób pozbawił silnika od dingersa (prawdopodobnie jakiś inny żeglarz). Przy niewielkim szczęściu, znajdujemy dość szybko dla nas dogodne miejsce, ale zejście na ląd zostawiamy na kolejny dzień.

Ląąąąąd!!! 😀

Markizy

Markizy są jednym z pięciu archipelagów należących do Polinezji Francuskiej. Są to górzyste wyspy, na których różnorodność roślin aż bije w oczy. Tradycyjnymi owocami są tutaj, jak na całej Polinezji: kokosy, mango, pomplemusy, banany, a także mniej popularne owoce chlebowe i inne. Same Markizy, gdyby nie były pod władzą francuską, zostałyby osobnym samodzielnym państwem, gdyż kultura i tradycja różnią się od reszty archipelagów. Językiem nieurzędowym jest markiski, czyli wywodzący się z rodziny języków używanych tylko na Polinezji, Hawajach i w Nowej Zelandii. Językiem urzędowym jest język francuski, więc zostaje nam dogadywanie się na migi. Obecna liczba ludności wynosi około 8 tys. ale zmieniała się znacznie na przestrzeni lat. Przed wizytą na Markizach pierwszych hiszpanów, populacja wynosiła aż 80 tys. Zmalała ona bardzo szybko przez choroby, które przynieśli tutaj europejczycy do zaledwie 2 tys. Zapewne przyczyniła się do tego w znacznym stopniu rozwiązłość tubylców, którzy nie znając metalu (kruszca), oddawali swoje kobiety za parę gwoździ.
Ludzie tutaj są dobrze zbudowani. Grube łydy i potężne ramiona, często pokryte zwałami tłuszczu. Mają oni tradycyjne tatuaże, które oddają charakterystyczny obraz Polinezyjczyka, którego dość łatwo wyróżnić z tłumu. Typowy człowiek tutaj wygląda jak gość, który ukradł zielone serce bogini w bajce „Moana” – wielki, silny, wytatuowany, z dużą surową twarzą.

Hiva Oa

Jedna z większych i bardziej ludnych wysp w archipelagu. Mieszka tu ponad 2 tysiące ludzi porozrzucanych po kilku wioskach. Największą „metropolią” jest miejscowość Atuona, przy której zakotwiczyliśmy i w niej udajemy się do biura migracyjnego, by nasz pobyt stał się jak najszybciej legalny. Idąc tam, zatrzymuje się dla naszej całej czwórki pick-up, ale po tak długiej przerwie od chodzenia, odmawiamy podwózki, decydując się na kilkukilometrowy spacer. W samej żandarmerii przyjmują nas z uśmiechem i po pięciu minutach odprawiają, nie wbijając nam nawet pieczątki do paszportu, mówiąc „witamy w domu”*. Pomimo, iż Polinezja Francuska nie należy do strefy Schengen, to jest nierozłączną częścią Francji. Nie ma tutaj strefy euro i walutą narodową jest frank polinezyjski, ale mieszkańcy biorą czynny udział w wyborach, które odbywają się we Francji. W jakimś stopniu należy ona także do Uni Europejskiej, pomimo iż znajduje się na środku Pacyfiku, a różnica czasowa wynosi 12 godzin (tak jak w wielu krajach przy równiku nie ma tutaj zmiany na czas letni, więc czasem może to być 11 h). Polinezja umożliwia członkom UE wjazd na swój teren bez żadnych problemów. Dla innych wymagana jest specjalna wiza francuska.

*„witamy w domu” – czuję smutek na myśl o Francuzach, którzy stracili już swoją narodowość i dla których państwem absolutnym stała się UE. Ja tym mianem mogę nazwać tylko ukochaną Polskę i pomimo miłego przywitania, nie czułem się jak w domu.

Jeszcze tego samego dnia zwiedziliśmy miasteczko. Wartym odwiedzenia miejscem jest tutaj punkt widokowy przy krzyżu, oraz lokalny cmentarz. Spoczywają na nim dwie znakomitości takie jak: malarz Paul Gauguin, oraz muzyk Jacques Brel, którzy po przyjeździe na Markizy zdecydowali się spędzić tutaj resztę swojego życia. Dwie godziny zwiedzania i nie ma tam już nic więcej do roboty (nie ma internetu).

Poranek w zatoce po prawie miesiącu oglądania tylko i wyłącznie oceanu. Robi wrażenie.

Autostopem dookoła wyspy

Autostop na Markizach działa wyśmienicie. Trasę Atuona – port pokonujemy kilka razy, ale już następnego dnia, decydujemy się na autostopową wycieczkę dookoła wyspy. Wtedy wydaje nam się, że możemy pojechać dookoła… Mapy tutaj są bardzo niedokładne, a każda pokazuje co innego. Sugerując się tą z „Lonely Planet” mamy nadzieję zrobić dwa kółka po obu stronach wyspy, ale szybko dowiadujemy się, że jest to całkowicie niemożliwe. Nie tylko drogi są nieprzejezdne, ale także w ogóle nie istnieją i są niedostępne nawet dla trekkingowców, a sama mapa wygląda, jakby ktoś dał pędzel małemu dziecku i kazał narysować kilka losowych kresek.
Jak się możecie domyślić, na takiej wyspie zbyt wiele samochodów nie jeździ, ale droga asfaltowa nie jest jednak niczym szczególnym i takową można dojechać w wiele miejsc. Nie zmienia to faktu, że do reszty trzeba jechać po wyjeżdżonym błocie i kamieniach. Pierwszy autostop przychodzi całkiem szybko, ale zanim nadarzy się drugi, musimy zrobić parę kilometrów na nogach. W końcu i ten drugi się udaje, a my dojeżdżamy do pięknej wioski. Ciesząc się tak małym osiągnięciem, otwieramy zapakowanego do plecaka browarka i rozłupujemy znalezionego przy plaży kokosa. Częstujemy naszą zdobyczą dwóch lokalsów, którzy odwzajemniają się ogromnym pomelo. Kokosowego miąższu dajemy też dwóm Niemkom po siedemdziesiątce, będącym na wykupionej 5-cio miesięcznej wycieczce dookoła świata. Dają one nam podwózkę do ronda, za którym dostajemy ostatnią podwózkę tego dnia. W wiekszości off-roadem, jadąc na pace pick-up’a, mocno wytrzęsieni dojeżdżamy do ostatniej wioski.

Zaczynamy wycieczkę.

Wioska zrobiła na mnie wrażenie. Te kolory…

Koko, koko, kokos spoko.

Widoczek.

Nie chcesz Pan kupić parę kokosów?

Wycieczka nowych smaków

Zostawiamy plecak w kościele i ruszamy na ruiny. Przy palmowym lesie kokosowym, czeka na nas dwunastoletni chłopiec, wyglądający jak typowy Polinezyjczyk. Pokazuje nam swojego konia, który pasie się przy drodze, częstuje jakąś wyrwana trawą, która okazuje się wyrastającym kokosowym drzewem. Cała rozmowa nie należy do najłatwiejszych ze względu na różnice językowe, a klimat drogi, wraz z dziwnymi przysmakami dzieciaka, wrzuca mi do głowy myśl, że jesteśmy prowadzeni na kolację, w której to my będziemy daniem głównym. Rozstajemy się z naszym nowym kolegą, obdarowani jakimiś dziwnymi, zielonymi, zerwanymi z jego ogródka kulkami i idziemy dalej. Tutejsze ruiny, mimo iż nie do końca dobrze zachowane, są całkiem przyjemne dla oka, głównie ze względu na piękną okolicę. Tam też pierwszy raz próbujemy owoca chlebowego, który na surowo przypomina trochę smak trawiastego masła, ale dopiero na następnej wyspie mamy okazję przekonać się, jaki potrafi być pyszny odpowiednio przyrządzony na patelni. W drodze powrotnej do wioski znajdujemy jeszcze pomelosy i owoce przypominające mango, a na koniec zabieramy z plaży, którą nazwaliśmy plażą kokosową (leżało na niej niemal tyle kokosów co i piasku) kilka kokosów. Rozwalamy je kamieniami, już w świetle latarki i najwyraźniej zostajemy zauważeni przez miejscowych.
Idąc do wybranego przez nas wcześniej miejsca na namiot, zostajemy wyhaczeni latarkami. Dwóch młodych Polinezyjczyków upewniając się, że nie jesteśmy wegetarianami zaprasza nas na kraby. Nie wiem czego się spodziewałem w pierwszym momencie, ale na pewno nie tego, co zaraz potem nastąpiło. Termometr został z plecakiem przy brzegu, a ja z latarką biegałem po skałach, ochlapywany regularnie morskimi rozbijającymi się falami. W tym czasie młody Markizyjczyk, który mnie tam zaciągnął, skakał z niesamowitą wprawą po głazach łapiąc kraba za krabem w gołe ręce, wrzucając je do worka, który trzymałem (robił to każdego dnia, więc możecie sobie wyobrazić jaką miał wprawę). Po paru minutach, cały już mokry i ślizgający się po ostrych kamieniach rezygnuję z tej rozrywki, trzymając całkiem nie małą ilość zwierzaków w worku. Już na brzegu, Polinezyjczyk bierze ode mnie ten worek i wali nim kilka razy po kamieniach, po czym uczy mnie jak wyrywać nóżki i wysysać z nich smaczną świeżą maź. Bierzemy reklamówkę i rozstajemy się z naszymi kolegami. Po kolacji kokosowo-krabowej rozbijamy namiot pod zadaszeniem i kładziemy się spać. W tym momencie przychodzą do nas nowi znajomi z jeszcze większym worem nowej zdobyczy i zaproszeniem do dalszej konsumpcji. Zmęczeni całym intensywnym dniem odmawiamy tej propozycji.

Tiki – bóg polinezyjski.

Kokosy do wzięcia.

To już placek z owoca chlebowego w sosie z jakiegoś owoca (którego nazwy nie pamiętam), oraz z domieszką cytryny.

Wymarzony autostop

Jest niedziela rano, a my cieszymy się z decyzji rozbicia namiotu pod zadaszeniem, ze wzlędu na naprawdę obfity opad. Informacje co do porannej mszy są różne, ale ostatecznie dowiadujemy się, że jej nie będzie, gdyż ksiądz gdzieś wyjechał. Zaraz po złapaniu pierwszego stopa dowiadujemy się dokąd. W następnej wiosce trafiamy na odpust, gdzie mamy okazję posłuchać religijnych piosenek w języku markiskim, a zaraz potem złapać wymarzony autostop.
Stojąc przy „drodze”, zostajemy zawołani przez starszego Polinezyjczyka – Lucjana. Na początek dostajemy obiad, który jest tu serwowany uczestnikom odpustu. Mamy okazję pierwszy raz w życiu spróbować kozy w sosie kokosowym, która wydaje się przepyszna. Chwilę potem wsiadamy z tym samym człowiekem do jego samochodu, a przy dobrej rozmowie proponuje on nam wycieczkę do trudno dostępnej wioski, gdzie zrywamy sobie gujawę z drzewa i wracamy na drogę. Znajdujemy też bardzo kwaśne, super małe mandarynki, które bardzo przypadają mi do gustu. Na koniec tej wycieczki dostajemy jeszcze zaproszenie na browarka. Nasz kierowca, który jest emerytowanym nauczycielem daje nam dodatkowo 4 reklamówki owoców z jego ogrodu (banany, czerwone kulki podobne do liczi, pomelo i papaje, które Termometr zrywa osobiście), ostre papryczki, oraz sporą część kozy… Z tymi podarunkami odwozi nas jeszcze do portu, gdzie w deszczu wskakujemy do dingersa i wracamy na jacht.

Z Lucjanem.

Termo zrywa papaje.

Jeden z bardziej ambitnych posiłków, jaki kiedykolwiek miałem okazję przyrządzać. Kozia zupa. Mniam!

Kolejny dzień na Hiva Oa

Ostatni dzień na Hiva Oa miał być dniem luzu i obijania się. W praktyce wyszło całkiem na odwrót i był on bardzo intensywny. Nasi znajomi sąsiedzi widząc jak ładnie wyszorowaliśmy Ladogę, dają nam możliwość dorobienia sobie grosza, płacąc nam za czyszczenie swojego jachtu. Jako, że nam żaden pieniądz nie śmierdzi, bierzemy się od rana za robotę, która nam się trochę przedłuża. Spóźniamy się też z odwiedzinami u Lucjana, z którym byliśmy umówieni, ale któremu przynosimy różaniec, obrazek z polskim papieżem i panamskie piwko obklejone naszymi rysunkami i podziękowaniami. Niby nie wiele za dobroć, którą nam okazał, ale zawsze coś. Zastajemy go wymęczonego jakąś chorobą już późnym wieczorem. Dostajemy od niego jeszcze worek cytryn i wracamy w pośpiechu, gdyż mamy hasło. Hasło do płatnego wifi, za które zapłacił nasz kapitan i z którego mogliśmy tego wieczoru skorzystać. To było chyba najszybciej przemaszerowane kilka kilometrów w moim życiu. Internet…- uzależniające dobro ludzkości, do którego człowiek bardzo szybko i łatwo się przyzwyczaja. Jesteśmy online przez 3 godziny po niemal miesiącu przerwy. Następne połączenie w bliżej nieokreślonej przyszłości.

W takim miejscu mamy zasięg. Interneeet!

Żegluga na Fatu Hive

Następnego dnia tuż po świcie wciągamy kotwicę i ruszamy na wyspę najdalej wysuniętą na południowy-wschód Markiz – Fatu Hivę. Warunki do żeglugi są bardzo dobre. Boczny, stały, odpowiednio silny wiatr pcha nas do celu w czasie 6 godzin. Przez całą drogę towarzyszy nam całkiem spory przechył. Naszym dokładniejszym celem jest Zatoka Dziewic, która oryginalnie nazywała się Zatoką Penisów, jednka nazwa ta nie spodobała się jakiemuś duchownemu i postanowił ją zmienić. Dużym zaskoczeniem jest liczba jachtów, która tu zakotwiczyła. Jest tłoczno i jesteśmy zmuszeni do zrzucenia kotwicy na ponad 30 m głębokości, czyli zdecydowanie za dużo. Dla porównania, do tej pory kotwicę zawsze zrzucałem na głębokości 5-15 m. Wiatr rozpędzający się tu w tunelu, jaki tworzy wyspa, powoduje podmuchy do 35 węzłów. Przez pierwsze dwa dni kotwica trzyma dobrze, ale z czasem puszcza dostarczając nam trochę rozrywki, a wśród sąsiadów dostajemy ksywkę „ciągnąca łódka” (dragging boat – po angielsku brzmi znacznie lepiej).

Przechyły i przechyły, za falą fala mknie.

Takim widokiem przywitała nas wyspa.

Fatu Hiva

Fatu Hiva jest wyspą zamieszkaną przez 1200 osób, rozdzielonych mniej więcej po równo w dwóch wioskach. Oddzielone są one od siebie jedyną istniejącą tu drogą długą na 16 km. Widoki jakie od początku nam towarzyszą zapierają dech w piersiach, ale najpierw obowiązki. Pierwszego dnia zabieramy się za czyszczenie, a w większości raczej za wietrzenie, ze względu na sprzyjające ku temu warunki. Wilgoć, jak się możecie domyślać, przez cały czas utrzymuje się na wysokim poziomie i jest bardzo trudna do pozbycia się z pokoi i wszystkich zakamarków. Wyciągamy materace i octem wyplewiamy wszystko, czego powinniśmy się ze środka pozbyć. Wieczorem wskakujemy w kajak i lecimy zobaczyć wybrzeże, przy którym znajdujemy jaskinie, ale nie odważamy się do niej wpłynąć, ze względu na duże fale i ich wielkość – jest po prostu za mała. Kolejny dzień to wycieczka po wyspie. Po zapewnieniach miejscowych, że autostop tutaj jest niemożliwy ze względu na zbyt mały ruch, nastawiamy się na dłuugi spacer – 16 kilometrów górskiego marszu po górach… w jedną stronę. Nie zniechęca nas to jednak do wyprawy. Nas nie, ale kapitana tak. Idziemy więc we trójkę z Termometrem i Gienią. Początek pod górkę przychodzi w miarę gładko – pogoda nienajgorsza, lekki, rzeźki deszcz. Jest przyjemnie. Potem w dół jeszcze lepiej, przez „aleję mango”, gdzie nazbieraliśmy pełną siatkę owoców, aż do kolejnej zatoki. Połowa drogi za nami – zasłużyliśmy na nagrodę. Chwila przyjemności z browarkiem w ręku i pięknym widokiem szybko się kończy i trzeba wracać na trasę. Zostały nam dwie godziny światła dziennego i jakieś trzy i pół godziny drogi z powrotem. Na domiar złego zaczęło padać i nie zamierzało przestać. Po paru kilometrach, cali umorusani w błocie i przemoczeni do ostatniej nitki… uwaga… łapiemy stopa! To, co przez miejscowych było uznawane za niemożliwe, nam sie udało. Było to prawdopodobnie jedyne auto przejeżdżające tam tego dnia, ale zatrzymało się trójce ubłoconych, umoczonych i zmęczonych spacerowiczów. Wskoczyliśmy na pakę pick-up’a i cieszylismy się brawurową jazdą naszego kierowcy podczas niezłego off-road’u w deszczu. Z poobijanymi pośladkami i jeszcze większymi uśmiechami wracamy na łódkę.

Prawie jak Kłodnica. Mieszko, jeśli to czytasz to pamiętaj, że ciągle mamy wyzwanie do wykonania!

To dopiero początek. Zostało jeszcze tylko 15 km w pierwszą stronę.

Podwójna tęcza.

Zasłużona chwila odpoczynku.

Dzień się jeszcze nie skończył i musiał dostarczyć nam nowych wrażeń. Deszcz przerodził się w ulewę, a podmuchy wiatru stawały się coraz dłuższe i silniejsze, sięgając niemal 40 węzłów. Już wieczorem zaczęliśmy tracić naszą kotwicę, ale licząc na poprawę pogody nie zrobiliśmy z tym nic. W nocy obudził mnie warkot silnika. Wyszedłem na kokpit i rozejrzałem się. Byliśmy już daleko od dziewiczej zatoki, a głębokość wynosiła więcej, niż długość łańcucha. Dryfowaliśmy, a kotwica dryfowała 60 m pod nami. Było jednak bezpiecznie, gdyż wiatr stale wypychał nas w środek oceanu, gdzie nic nam nie groziło, więc nie było mowy o jakimkolwiek pośpiechu. Ciężar z jakim kotwica na łańcuchu ciągnęła nas w dół, był jednak zbyt duży dla silnika, który ją zwykle wyciągał, więc musieliśmy to zrobić ręcznie. Wajcha w przód i tył naprzemiennie, czyli nocne ćwieczenia. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie deszcz, który mocząc i ziębiąc nie należał do najprzyjemniejszych, zwłaszcza o pierwszej w nocy. Wiatr w tym czasie zdążył nas wypchać o pół mili od lądu. Termometr miał szczęście i przespał całe to zdarzenie. Obudził się już po wszystkim, gdy byliśmy zakotwiczeni z powrotem. Nie ominęła go jednak ta cała zabawa!
Następnego dnia pogoda jeszcze bardziej się pogorszyła. Góry dookoła obrosły wodospadami, zwalając za sobą całe masy gleby. Woda z pięknego błękitu zmieniła kolor na brązowy przypominając o smakowych rewolucjach z Hiva Oa. Woda dookoła była jak rzeka, w której płynęły kokosy, gałęzie, konary, a nawet i całe drzewa. Tym razem nie byliśmy odosobnieni. Za wszystkimi dryfującymi dobrami natury, dryfowały dwa jachty, a za nimi i my. Tym razem ćwiczenia w machaniu wajchą w deszczu przypadły Termometrowi. Kiedy podołał już swojemu zadaniu, udało nam się znaleźć miejsce, gdzie mogliśmy zakotwiczyć na głębokości „zaledwie” 28 m, a pogoda zaczęła sie wypogadzać.

Wydawało nam się że to koniec naszych przygód na Fatu Hivie, ale jeszcze następnego dnia wskoczyliśmy na dingersa holując za nami kajak. Pozwoliło nam to zobaczyć trochę bardziej oddalone cuda natury, którym wskakując w kajak mogliśmy przyglądać się z bliska. Podobnie jak wcześniej, fale i prądy nie pozwoliły nam na wpłynięcie do jaskini. Nie ominęło nas jednak cieszenie się prędkością podczas siedzenia w holowanym kajaku, które oczywiście skończyło się wywrotką, a cały dzień zakończył się pływaniem w oceanie.

Wooohooo!

Tym razem Termo za sterami.

Orzeźwiająca kąpiel na koniec dnia.

Czas opuścić Fatu Hivę. Nie jest to jednak koniec naszych przygód na Markizach. Jesteśmy dopiero po dwóch z pięciu (sześć jest zamieszkałych) odwiedzonych przez nas wyspach, ale o reszcie będziecie mogli przeczytać w następnym poście.


  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Facebook Comments