Chiny – życie pod okupacją, czyli Sinciang i Ujgurzy.

  • 68
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    68
    Shares

O prześladowaniach, próbach wyzbycia religii, czy kultury słyszeliśmy wszyscy niejednokrotnie. W polskiej historii takich przypadków było kilka a najbardziej dotknęły naszych przodków te organizowane przez 3 zaborców. Każdy z nich miał inny sposób na Polaków, ale żaden nie przyniósł skutków przez nich oczekiwanych. To jak wygląda takie życie, mamy okazję doświadczyć w regionie Sinciang, a na myśl przychodzi tylko jedna myśl: albo Chińczycy wraz z nową technologią są super skuteczni, albo to cud, że my jako Polacy jeszcze istniejemy.

Jesteśmy jeszcze w regionie Gansu i skreślamy po kolei punkty z mapy. Są to miejsca do których chciałoby się pojechać, ale cena i opinie nas zniechęcają. Wybieramy zatem prowincję nieskalaną turystą. Do tej pory słyszeliśmy o dodatkowych policyjnych kontrolach, Ujgurach oraz kilku dziwnych przypadkach z regionu Sinciang. Przyznam jednak, że nasza obecna wiedza jest bardzo marna i wszystkiego o tym regionie i prześladowaniach uczymy się już na miejscu.

Pierwszym dużym zaskoczeniem jest granica oddzielająca prowincję. Wjeżdżamy na nią z tirowcem, który obiecał zawieźć nas pod samą stolicę Sinciangu – Urumczi. Jesteśmy bardzo szczęśliwi z takiego transportu na ponad 700 km, lecz rzeczywistość szybko to weryfikuje. Musimy zabrać nasze plecaki i iść na kontrolę policyjną, z czym początkowo nie mamy problemu. Ku naszemu zaskoczeniu, oprócz drutu kolczastego, budynku z policją, stacjonuje tu także wojsko. To jest lepiej strzeżona granica niż ta z Wietnamem oraz większością które mieliśmy okazję przekraczać. Jedyną różnicą jest brak pieczątki do paszportu – przecież nie zmieniamy kraju.

Wchodzimy i zaczynamy się irytować, gdyż każdy kolejny pracownik przegląda nasze paszporty, by po około 10 minutach wertowania podać je następnemu. W międzyczasie nasz tirowiec odjeżdża (i wcale mu się nie dziwimy), a my zaczynamy zagadywać pracowników coraz silniejszym głosem. Dopiero po 1,5 h oglądania naszych dokumentów i zadaniu kilku bezsensownych pytań dostajemy informację, że możemy jechać dalej. Nie chcą nam pozwolić jednak łapać stopa mówiąc, że to nielegalne. W parę minut załatwiają nam transport na 700 km, które mieliśmy wcześniej obiecane.

Xinjiang / mniejszość Ujgurska

Sinciang to region zajmujący powierzchnię 1/6 Chin i można go porównywać do wielkości trzech Francji. Na tej ogromnej przestrzeni mieszka zaledwie 22 mln ludzi, których mniej niż połowę stanowią Ujgurzy. Są to przodkowie tureckich kupców, którzy niejednokrotnie próbowali założyć tutaj swoje niezależne państwo. Mogą pochwalić się dwoma sukcesami. Raz na rok i drugi raz na dwa lata założyli Republikę Wschodniego Turkiestanu. Dzisiaj oficjalna nazwa to: Autonomiczny Region Xinjiang, lecz przedrostek ten widnieje prawdopodobnie tylko dla głupiego żartu. Rząd chiński nie może sobie pozwolić na odłączenie i niezależność Sinciangu gdyż m.in. przechodzić ma tam Nowy Jedwabny Szlak. Jest to strategiczne miejsce dla Państwa Środka także ze względu na złoża ropy i gazu.

Ujgurów można rozpoznać już na pierwszy rzut oka nie tylko ze względu na ubiór, tradycje muzułmańskie i zachowanie, ale ze względu na sam wygląd. 50 lat temu stanowili na tym terenie 75% całej populacji, lecz obecnie ta liczba spadła do 45%. Od czasu do czasu budzi się u nich chęć do niepodległości, a sytuacja zaogniła się w 2009. Zaczęło się wtedy od bójki w której zginęło dwóch Ujgurów (Chińczycy podejrzewali jednego z nich o gwałt). Rząd chiński postanowił rozwiązać sprawę raz na dobre.

Likwidacja mniejszości

Pierwszym i chyba najważniejszym punktem pozbycia się mniejszości jest rozrzedzenie i zmniejszenie jej wpływów do zera. Chińczycy sprowadzili do Sinciangu Hanów, dając im jednocześnie najlepsze posady na wysokich stanowiskach. Przerażające jest jednak wysłanie ponad miliona ludzi do domów Ujgurów jako „bracia” lub „siostry”. Mają oni za zadanie żyć w domach mniejszości, zaczynać dzień od patriotycznej piosenki, a w wolnym czasie czytać razem z domownikami przemyślenia prezydenta (w internecie publikowane są zdjęcia wspólne np. jak leżą razem przytuleni w łóżku…). Oczywiście ze wszystkiego muszą zostać zdane raporty, a niepodporządkowanie się z którejkolwiek strony może skutkować więzieniem. Jak się możecie domyślać nie łatwo znaleźć tak ogromną ilość Hanów – wolontariuszy. Są to w większości działacze jedynej słusznej partii komunistycznej, którzy nie mają nawet wyboru.

Za mieszane małżeństwo z Ujgurką, Chińczyk dostanie 15 tys. amerykańskich dolarów co stanowi tutaj niemal dwuletnią pensję. Pomimo tak wielkiej zachęty, mało który Chińczyk jest gotów przyjąć taką za żonę m.in. ze względu na różnice kulturowe (np. nie chce jeść wieprzowiny). Mając świadomość takiego obrotu sprawą przechodzimy do kolejnego punktu

Walka z tradycją i religią

Ujgurzy to nie tylko rysy twarzy i inna krew płynąca w żyłach, ale przede wszystkim tradycja, religia i język. Rząd chiński podejmuje wszelkich starań, by wymazać całkowicie te wszystkie elementy z życia codziennego. Język ujgurski (podobny do tureckiego) zanika stopniowo w restauracjach, czy na znakach drogowych. Propaganda z głośników, czy ta wywieszana na słupach jest pisana zamiennie (chiński, ujgurski), w zależności do kogo ma dotrzeć. Wiekowe i zabytkowe domy zostają burzone, a na ich miejsce stawiane są kwadratowe komunistyczne budowle mieszkalne. Podobnie dzieje się z meczetami.

Wszem wobec i każdemu z osobna wiadomo, że jedyną słuszną wiarą jest wiara w komunistyczną partię rządzącą. Świątynie są pod ścisłą kontrolą i obecnie, nie każdy ma do nich wstęp. Pod tym względem są różne standardy dla muzułmanów z różnych mniejszości etnicznych – Ujgurzy mają znacznie więcej restrykcji niż np. muzułmanie Hui. Przy wejściu do miejsca modłów stoi zazwyczaj tajniak i sprawdza, czy Ujgur jest już pełnoletni. Obcy oczywiście nie mają do nich wstępu wcale. Ponadto nie można w nich używać głośników, więc minarety w Sinciang to przeszłość.

Nie potrzeba wiele dla Ujgura, by zostać podejrzanym. Wystarczy długa suknia u kobiety, którą policja może skrócić na miniówkę lub zbyt długa broda u mężczyzny, którą władze może ogolić. Dla przykładu w miejscowości Karamay, jedna szkoła została zamknięta na dwa tygodnie, gdyż serwowane było tam mięso halal. Po otwarciu placówki dzieci dostawały już na talerzach zakazaną w islamie wieprzowinę.

Ujgur, który nie dostosuje się do reguł i nowych zasad, trafi do obozu internowania nawet za błahostkę. Według szacunków przebywa w nich obecnie (kwiecień 2019) od kilkuset tysięcy do nawet 2 milionów ludzi z tej właśnie mniejszości (około 5-20% populacji). Nikt z świata zewnętrznego nie wie, gdzie się znajdują te placówki, lecz ludzie z nich wracający (nie zawsze wracają) dzielą się różnymi informacjami. Przede wszystkim są oni zmuszani do nauki języka chińskiego oraz piosenek patriotycznych. Za zbyt słabe postępy w nauce mogą zostać pozbawieni prawa do śniadania lub zostać pobici. Dla łamania ich tradycji i religii są zmuszani do jedzenia wieprzowiny i picia alkoholu, ale mówi się też, że niektórzy wracają z ranami i bez narządów wewnętrznych, które zostały sprzedane bogatym chińczykom.

Ujgurzy, którzy z gorliwością wychwalają partię komunistyczną i odpowiednio ją przedstawiają mogą się dorobić tabliczki na drzwiach mówiącej przechodniom: „cywilizowana rodzina” lub „czysta rodzina”.

Inwigilacja

Represjom towarzyszy wielki rozmach i brak oszczędzania. Do kontroli w policji zatrudnione jest około 30% wszystkich Hanów, czyli prawie co szósty mieszkaniec całej prowincji. Komisariaty są dosłownie na każdym rogu, a policja może sprawdzać dokumenty nawet kilka razy dziennie. Wielki brat patrzy na nas zewsząd.

Działa to tylko w jedną stronę, gdyż nagrywanie stróżów prawa jest surowo zabronione. Są na tym punkcie mocno wyczuleni, gdyż nie mogą sobie Chińczycy pozwolić na wyciek informacji. Raz gdy nagrywałem Termometra podczas rozmowy z policją przy radiowozie zostałem zauważony przez jednego z funkcjonariuszy. Trzech z nich wybiegło do mnie natychmiastowo i prosiło o odblokowanie telefonu. Nawet w ciągu chwili zjawiła się kobieta mówiąca w języku angielskim, co jest tutaj sporą rzadkością. Nie zgodziłem się na oddanie telefonu, lecz pokazałem im galerię z własnej ręki (gdyby za daleko zaskrolowali, mogliby dopatrzyć się zdjęć komisariatu).

My w Sinciang

Jedziemy z kierowcą zatrzymanym nam przez policję do późnego wieczora. Po pierwszej półtora godzinnej kontroli, następne trwające 5-30 minut są krótsze, lecz dalej niezwykle irytujące. Zaskakujące jednak dla nas są stacje benzynowe, gdyż wszystkie otoczone są wysokim płotem i drutem kolczastym, a masywnych bram strzegą policjanci. Wjechać na jej teren może tylko kierowca, a pasażerowie muszą wysiąść, przejść na wyjazd i tam poczekać. Gdy my wychodzimy z samochodu, funkcjonariusze przeszukują auto zaglądając do bagażnika i do schowków – znaleziona zapalniczka też musi wysiąść.

Naszym pierwszym punktem na mapie jest miasto Turupan. Znajdują się tam najlepiej zachowane ruiny miasta w całych Chinach i liczą sobie aż 2200 lat. Ku naszemu zaskoczeniu jest to duże miasto, w którym łatwo można odróżnić domy od świątyń, czy budynków służbowych. Niektóre mury i bramy są zachowane do tego stopnia, że po solidnym remoncie mogłyby dalej funkcjonować. Robi to na mnie ogromne wrażenie.

Karamay

Zbliżają się święta Wielkanocne, a my nie mamy miejsca gdzie się zatrzymać. Już od tygodnia śpimy na stacjach benzynowych w namiocie, co w Sinciangu i całym kraju nie sprawia nikomu kłopotu. Jest bezpiecznie, a policja i pracownicy nie mają nic przeciwko (z czasem nawet nie pytamy o przyzwolenie, bo nie ma takiej potrzeby), jednak w te wyjątkowe dni chcielibyśmy mieć dach nad głową. Skupiamy się na największym mieście – stolicy Urumqi, która jest zamieszkała przez ponad 2 mln ludzi. Wszystkie odpowiedzi na couchsurfing’u są niestety odmowne, a w wiadomościach czytamy, że goszcząc nas, gospodarz może narobić sobie kłopotów z policją. Rozumiemy to, ale próbujemy dalej w innych miejscowościach. Późnym wieczorem, w Wielki Piątek otrzymujemy „akcepta” z miejscowości Karamay – jedziemy!

Większość miast, na pustynnym terenie Sinciangu, jest wybudowanych w okolicach oaz. Karamay jest pod tym względem wyjątkowe, gdyż powstało nie ze względu na wodę, lecz na ropę. Maszyn pozyskujących ten cenny surowiec jest dookoła miasta tysiące, a nasz kierowca (kierownik 49 pracowników) twierdzi, że PKB PP w tym mieście wynosi średnio aż 20 – 30 tys. dolarów, gdyż 70 % mieszkańców jest zatrudnionych w tym biznesie.

Ten sam kierowca przy ostatniej kontroli policyjnej wygaduje się, że jedziemy do Karamay, by spotkać znajomego. Nie chcąc wkopać naszego hosta na minę, musimy improwizować i kłamać. „Nie mamy żadnego kontaktu, spotkamy się z nim w centrum miasta w restauracji xxx” – to wszystko czego się od nas dowiadują po kilku minutach i wielu próbach wydobycia większej ilości informacji. Sytuacja w międzyczasie robi się nerwowa, a nasz kierowca czuje się zmieszany – puszczają nas wolno. Po tak wielu kontrolach już zauważyliśmy, że im bardziej poirytowani jesteśmy na posterunku, tym szybciej funkcjonariusz przegląda nasze paszporty.

Z Bobbym spotykamy się w mieście, ale idziemy do innej restauracji niż podanej na komisariacie. Od jego znajomych dowiadujemy się, że policja wykonała telefon poszukując nas w podanej wcześniej knajpie. Nie wiedzą o Bobbym absolutnie nic – jak wygląda, czy jak ma na imię. To nie przeszkadza jednak, by już następnego ranka do jego drzwi zapukali mundurowi, zadali kilka pytań i zrobili zdjęcie na pamiątkę. To pierwsza taka wizyta odkąd tutaj zamieszkał… a jest już tu od roku. Przyzwyczaił się do życia w Sinciangu i z chęcią dzieli się z nami informacjami.

Świat tutaj wygląda trochę inaczej, a bezsensowne prawa i zakazy zmieniają się z tygodnia na tydzień. Część ulic i dzielnic jest odgrodzonych, a przejścia są pilnowane. Z jednej strony można tylko wejść, z drugiej wyjść, a z trzeciej nie ma kontroli. Tak jest w tym tygodniu, a w następnym może być już na odwrót. Warto jednak przyznać, że jest czysto i spokojnie, gdyż mnóstwo pracowników wychodzi na ulicę zbierać śmieci, czy malować drzewa. Na pierwszy rzut oka widać, że można do tej pracy zatrudnić o wiele mniej ludzi, lecz przy takim systemie każdy jest zajęty i nikt się nie wzbogaci.

Ujgurzy nie mają tutaj łatwo. Prowadzona jest ciągle walka z ich tradycją i kulturą, a inwigilacja czeka na nich na każdym kroku. Oprócz kamer, kontroli, czy szpiegującego oprogramowania na ich telefonach, mogą się spodziewać dodatkowych utrudnień. Niektórzy na przykład swoje noże (nawet te kuchenne) muszą trzymać przypięte na łańcuchu do ściany. Są one zarejestrowane, posiadają swój własny kod, a otwarcie zamka aplikacją jest monitorowane.

Podczas gdy dorośli spędzają czas w pracy, to dzieci trzymane są w szkołach przez 7 dni w tygodniu, po 14 godzin dziennie. Oczywiście jest w tym wszystkim dużo długich przerw, a głównym założeniem jest, by były cały czas zajęte. Nie mają swoich zainteresowań, a w wolnym czasie po prostu śpią.

Wyobraźcie sobie sytuację że jest niedziela, a Wy ze swoimi znajomymi chcecie jechać w pobliskie góry – nie tak łatwo w Sinciang. Siedzimy z nauczycielami (Bobby i koledzy z jego pracy) w samochodzie w pięć osób i jedziemy w „czarne góry” oddalone od miasta zaledwie kilka kilometrów. Na wyjeździe zatrzymuje nas kontrola policyjna i zaczyna sprawdzać paszporty każdego po kolei. Jedna dziewczyna, która według mundurowych nie wygląda „zbyt biało” (Kanadyjka, która tylko ma ciemne włosy) zmuszona jest oddać swój telefon. Jest przygotowana na taką kontrolę, gdyż mieszka tutaj i nie jest to jej pierwszy taki przypadek. Wyciąga przygotowany na takie okazję swój zapasowy model.

Algorytmy sprawdzają powiązanie z siatką terrorystyczną i szukają wrażliwych treści, podczas gdy w druga stronę wgrywany jest program szpiegujący. My czekamy już godzinę i wiemy, że w tym czasie zdążylibyśmy wejść na te góry i wrócić – mamy je już w zasięgu wzroku. Nagle podchodzi do nas policjant i oddaje paszporty mówiąc, że możemy jechać, ale gdy już mamy wsiadać do auta przychodzi jego przełożony informując nas, że jednak musimy zawrócić. Widząc jednak nasze twarze i zdenerwowanie daje się łatwo przekonać na zmianę tego zdania. Kierowca zostawia prawo jazdy jako zabezpieczenie szybkiego powrotu, a my mamy zaledwie pół godziny, by podjechać, pochodzić po górkach i wrócić. Zwykły wypad okazał się niezłą przygodą, z niemałym szczęściem, gdyż dla niektórych naszych towarzyszy była to nie pierwsza taka próba. Poprzednimi razami dostawali zawsze informację, że nie mają prawa tam wjechać, podając powód że jest „zbyt pochmurnie”.

System w tym momencie zdaje się lekko poluźniać, gdyż 2 lata temu kontrola była przy każdym wejściu do spożywczaka. Teraz bramki sprawdzające, czy wchodzący nie ma broni lub treści niepożądanych oraz policjanci sprawdzający dokumenty, są tylko przy głównych centrach handlowych, szkołach, czy targach. Ogólna sytuacja jednak może się znienacka zaostrzyć i nikt nie będzie wiedział dlaczego. Ciągłe zmiany prawa i zasady tu panujące zmieniają ludzi, gdyż człowiek pyta się „dlaczego tak? Po co?” może i kilkadziesiąt razy, lecz jeśli nie znajdzie odpowiedzi ani prawdopodobnego sensu to przestaje je zadawać. Po prostu dla wygody zaczyna przestrzegać zasad bez jakichkolwiek pytań, tłumacząc że tak po prostu jest.

To tylko ułamek całej propagandy i ucisku władzy nad ludnością, a nie wszystko zauważalne jest od razu gołym okiem. Kontrola nad człowiekiem często kryje się w szczegółach, a przykładem może być nawet zwykły stół. Gdy jest on niski, ludzie zjadają swój posiłek szybciej, a po skończeniu od razu od niego odchodzą, gdyż jest on mniej wygodny. Dzięki temu rodzina spędza statystycznie ze sobą mniej czasu i nie porusza tematów, których nie powinna nawet zaczynać. Mnie osobiście przeraża to, że w UE zwykła łyżeczka do herbaty uregulowana jest 52 prawami…

Na nas już pora by zmienić ten świat i wyruszamy do Kazachstanu. Od pierwszego momentu czuję się jakbym wrócił do Polski z przed 20 – 30 lat, ale to już temat na następny post.


  • 68
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    68
    Shares

Facebook Comments