Nowa Zelandia – kraj, który szybko trafia na podium mojej listy ulubionych państw – część I

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Stoję i podziwiam Nową Zelandię, która szybko staje się jednym z moich ulubionych krajów. Na tym zdjęciu podziwiam lodowiec, który zajmuje pierwszy punkt na mojej liście, miejsc do odwiedzenia w tym państwie. Zanim jednak tam dotrę, doświadczam wielu innych przygód. Zacznijmy jednak od początku, w którym rozdzielamy się z Termometrem.

Nowa Zelandia

Nowa Zelandia jest skrawkiem ziemi do którego przybyli Maori około 1200 lat temu. Można ich zaliczyć do rodziny Polinezyjczyków. Mieszkali tu spokojnie do czasów kolonizacji brytyjskiej. Tak jak cała ta nacja, są oni bardzo życzliwi i gościnni. Przybyszów przywitali z godnością, dzieląc się wszystkim co mieli, wliczając w to ziemie pod gospodarstwa i uprawy. Miarka się jednak przebrała, gdy kolonizatorzy zaczęli stawiać płoty i odgradzać „swoje własności”, co dla rdzennych było czymś nowym i ciężkim do wyobrażenia. Doszło do kilku bitew, a całość została zwieńczona ugodą o podziale ziemi, którego tłumaczenia w obu językach różniły się diametralnie i do dziś można odczuwać jego skutki. Co ciekawe, by doprowadzić do wspólnej zgody, Maori zrobili wielkie zgromadzenie i wybrali wspólnie własnego króla na wzór brytyjski, by mieć jedną osobę przedstawiającą cały naród. Dzisiejszy król siódmej generacji jest oficjalnie uznawany przez rząd, ale co smutniejsze mało znany wśród Nowo Zelandczyków.

Mieszkańcy Nowej Zelandii są nazywani „kiwi” od charakterystycznego dla tego kraju ptaka, lub pieszczotliwie „owcojebcy” przez swoich sąsiadów z Australii. Ta druga nazwa wzięła się od ilości owiec, których liczba przekracza czterokrotnie liczbę mieszkańców. Populacja nie przekracza 5 mln Nowozelandczyków, z czego większość mieszka na północnej wyspie, od której zaczynam zwiedzanie.

Ptaki kiwi to zwierzęta nocne i wcale nie tak często spotykane, jak można by się tego domyślać. Takie cudo natomiast zwróciło uwagę niejednego turysty na szlagu Abel Tasman.

Wyspa Północna

Najbardziej zaludniona część Nowej Zelandii, w której mieszka około ¾ populacji to wyspa północna. Pomimo tak „dużego” zagęszczenia, dalej wygląda na lekko wyludnioną. Zaczynam tu swoją przygodę od przylądku Reienga, czyli najdalej wysuniętego na północ punktu wyspy. Rejony te mogą się pochwalić ładnymi i przyjemnymi dla oka plażami, na których warto spędzić trochę więcej czasu. Ja nie zostaję długo i udaję się na południe, zatrzymując się tylko w paru miejscach na krótką chwilę. Na mojej mapie mam zaznaczonych pełno małych punkcików, które wyznaczają moją trasę. Są to miejsca, które zostały mi polecone, lub znalezione w internecie. Tym sposobem, zatrzymując się przy błękitnym strumieniu, śmierdzących siarką gorących rzekach, oraz paru innych miejscach i docieram do Hobbitonu. Miejsce tak dobrze znane wszystkim z Władcy Pierścieni, jest bardzo ważną atrakcją turystyczną. Cena i opinie od podwożących mnie tu ludzi o tym miejscu zniechęciły mnie już wystarczająco, ale nawet gdybym chciał to i tak wszystkie bilety tego dnia są już wykupione. Melduje się w „Shire” i łapię stopa w stronę „Mordoru”, w którym spędzam swoje urodziny. Po takiej wycieczce sponsoruję sobie płatny camping z praniem, dobrą kolację w burger kingu, oraz sprawiam sobie niespodziankę w postaci butelki taniego wina, z okazji tejże uroczystości. Następnego dnia udaję się dalej w kierunku południowym, zmierzając do stolicy w Wellington. Po drodze spotyka mnie jeszcze parę drobnych przygód, wliczając wizytę w dojarni krów, wraz z oprowadzającym mnie po niej właścicielem i z „dojakiem” na moim kciuku. Najlepsze jednak jeszcze przede mną.

Wellington

Wjeżdżam do stolicy Nowej Zelandii podczas sztormu, który przewraca w tym czasie drzewa niemal w całym kraju. Deszcz i wiatr jest tak mocny, że nie można wyjść spod dachu na parę sekund, ale ratuje mnie mój host z couchsurfingu, zgarniając moje poślady w centrum miasta. Jest to Nowozelandczyk o polsko brzmiącym nazwisku. Jego korzenie w drugiej generacji prowadzą prosto do naszego pięknego kraju, jednak Nick nie potrafi wypowiedzieć najprostszego słowa w naszym języku, ani nawet poprawnie wymówić swojego nazwiska. Jest to jednak jeden z najlepszych hostów jaki mnie gościł. Nie tylko pokazuje mi na przestrzeni paru dni całą swoją okolicę, opowiadając ze szczegółami, poszczególne jej części, ale zapoznaje mnie ze swoją zwariowaną paczką. Chodzimy razem po barach, a potem lądujemy na spelunie, gdzie połowa osób to Maori. Zostaję członkiem rodziny jako jeden z „bro” i spędzam z nimi niesamowicie dobry czas. Jednym z naszych wypadów jest wycieczka na plażę, gdzie wspólnie nurkujemy w mroźnie zimnej wodzie, w poszukiwaniu muszelek wielkości pięści. Są w nich jakieś mięczaki, czyli nasze przyszłe grillowe danie, idealnie pasujące do zimnego piwa. Chłopaki znajdują też kulki otoczone igłami dookoła, których nazwy jeszcze bardziej nie pamiętam, ale z których można wyciągnąć kawałek żółtego smarka o smaku gluta zjedzonego na surowo.

Zielony kamień

Maori uważają siebie za najlepszych  wojowników i chwalą się, że nigdy nie przegrali żadnej wojny w całej swojej historii, a spartanie przy nich to dzieciaki w pieluchach. Swoją potęgę zawdzięczają konceptowi many, który jest ich wewnętrzną siłą, odwagą i wszystkim co w człowieku najlepsze. Takie też duchowe właściwości, posiada zielony kamień (jadeit), który został mi przekazany w rytualny maoryski sposób, na znak najwyższego szacunku. Był on wcześniej przekazany 9 lat temu mojemu „bro”, który postanowił mi go dać w połowie drugiej butelki. Złapał mnie za rękę i przystawił czoło do mojego czoła, a nos do nosa. Stoimy tak przez chwilę z napiętymi muskułami, głośno wciągając wspólne powietrze, wyrażające silna więź. Jest to duża sprawa, a od tego czasu, cała rodzina zaczyna mnie traktować jak pełnoprawnego członka rodziny.

Czas na wyspę południową.

Wyspa Południowa

Jeszcze na wyspie północnej spotykam dwa razy przypadkiem Basię ze Słowacji, która podróżuje tutaj samotnie. Za drugim razem decydujemy się połączyć siły i wsiadamy na jeden prom prowadzący na południe do Picton. Stamtąd udajemy się do najbardziej turystycznego parku narodowego– Abel Tasman. Znajduje się tutaj jeden z kilku „great walk”, czyli parudniowego trekkingu. Jest natomiast tak dużo przyjezdnych, że spanie w namiotach przy ścieżce jest niemożliwe, a rezerwacje na schroniska dawno temu zapełnione. Zostawiamy nasze bagaże w informacji turystycznej i ruszamy w 30-to paro kilometrowy spacer. Jest to dobrze przygotowana ścieżka z przyjemnymi widokami. Trzeba jednak pamiętać o pływach na niektórych odcinkach trasy. My niestety spóźniamy się i przekraczamy jeden z takich odcinków zamoczeni po pachy, ponieważ nadchodzący przypływ jest już całkiem zaawansowany. Kurczowo trzymamy plecaki na głowach i spieszymy się, bo wody przybywa w oczach z każda minutą. Jest to chyba najciekawszy i zarazem najtrudniejszy odcinek jaki tutaj pokonujemy. Trekking uważam za udany, czas jechać dalej.

Zamyślone drzewo przy ścieżce w Abel Tasman.

Dwójka turystów uskrzydlona naszym przemarszem rusza za nami w zatoce, gdzie o tej godzinie już nie powinno być spacerowiczów.

Plaża Wharariki. Jedna z tapet windowsowych pochodzi właśnie z tego miejsca.

Nelson Lakes

Na Wyspie Południowej jest wszędzie pięknie, a górskie ścieżki prowadzą niemal w każdym kierunku. Odwiedzamy z Basią plażę na północnym wschodzie wyspy, która jest uznawana za najpiękniejszą w całym kraju, po czym jedziemy stopem na południe, by wyruszyć na dłuższy spacer w parku narodowym jezior Nelsona. Zbieramy wszystkie potrzebne informacje dotyczące możliwych ścieżek i próbujemy znaleźć wspólne rozwiązanie, by obie strony były zadowolone. W międzyczasie dla lepszego myślenia wypożyczamy kajaki, a kąpiel w zimnym górskim jeziorze dodaje energii i motywacji. Decydujemy się na 3 dniowy trekking. Jest to pierwszy tak długi spacer dla Basi i pierwszy dla mnie z nocą spędzoną w schronisku. Długie myślenie jednak nigdy nie wychodzi nikomu na dobre, a podczas naszego została zamknięta informacja turystyczna, gdzie planowaliśmy zrzucić trochę balastu. Zmusza nas to do improwizacji, w której zapakowane w pelerynę rzeczy zostawiamy w krzakach z karteczką, żeby nie ruszać. Dopiero wieczorem w schronisku, słuchając pochrapywania Niemców, Francuzów i Amerykanów przypominam sobie, że wśród tych „niepotrzebnych” rzeczy znalazł się mój paszport. No cóż… najwyraźniej był za ciężki.
Kolejny dzień trekkingu jest tym najdłuższym i najtrudniejszym. Wlicza się w niego jednak przyjemnie orzeźwiająca kąpiel przy szczycie w jeziorze Angulus. Sam park przypomina mi trochę nasze Tatry, z jedną różnicą konieczności przekraczania rzek. Większość osób decyduje się zmoczyć buty, ale dla tych ryzykujących sarenek jak my, jest możliwość skakania po kamieniach. Basia przy jednym z pierwszych przekonuje się, że nie zawsze to ryzyko popłaca i kończy z przemoczonym plecakiem i połową swoich rzeczy (na szczęście nic się poza tym nie stało, a ja miałem powód żeby się śmiać przez następne parę dni).

Dzikie manewry w parku narodowym.

Parę kilogramów mniej na parę dni warto gdzieś schować. To miejsce przy drodze jest na tyle bezpieczne, ze zostawiłem swój paszport.

Można ruszać w drogę.

Rzeki nie zawsze bywają łatwe do przekroczenia, ale osiągamy poziom ekspert.

Warto się trochę pomęczyć dla takich widoków.

Lodowce

Lodowce są tutaj jednym z moich priorytetów, ponieważ jeszcze żadnego do tej pory nie miałem okazji zobaczyć na własne oczy. Zanim jednak tam dotrzemy czeka nas oberwanie chmury i deszcz, którego namiot nie jest wstanie przetrwać. Pada całą noc, podłoga w namiocie pływa, ale na szczęście wnętrze plecaka jest bezpieczne, a wysuszenie śpiwora zajmie tylko dłuższą chwilę. Takie nieuniknione przygody spowalniają trochę tempo podróży i odbierają motywacji dla niektórych atrakcji jak „naleśnikowe skały”, w których kolejny raz zostajemy przemoczeni do ostatniej nitki. Mamy jednak sporo szczęścia (jak zawsze) i docieramy tam gdzie chcemy (jak zawsze) z dobrymi humorami (jak zwykle) i z dużymi uśmiechami (jak zawsze).

Skały naleśnikowe zawdzięczają swoją nazwę nietypowej budowie, przypominając stertę ułożonych na sobie naleśników.

Jesteśmy w Franz Josef, ale pogoda dalej nie jest sprzyjająca, więc zaczynamy od wycieczki po starej kopalni (chyba złota). Jest to spacer w tunelu o długości około 700-800 m zamoczonemu po kostki w lodowatej wodzie. Można tam z bliska i dokładnie oglądać charakterystyczne dla Nowej Zelandii świecące robaki, które po zgaszeniu latarki rozświetlają sufit tuż nad głową, jak niebo w bezksiężycowa noc. Robi to wrażenie, więc dla wszystkich przebywających właśnie w okolicy, gorąco polecam. Przygotujcie się tylko, że palce u nóg trochę ucierpią ze względu na zimno. Rozwiązaniem byłyby gumiaki, ale na boso też daje rade.
Najbardziej popularnym i zarazem jedynym sposobem dostania się na sam lodowiec jest podróż helikopterem. Taka wycieczka jest bardzo droga, ale mimo to niezwykle oblegana. Podczas dobrej pogody, helikoptery startują co 3 minuty, a hałas nad głowa towarzyszy nam przez całą drogę, w trakcie jednego z najlepszych trekkingów jakiego do tej pory doświadczyłem. Dwu i pół godzinny spacer po skałkach, rzeczkach i linowych mostach nad przepaściami, prowadzi pod sam jęzor lodowca. Tutaj nie da się opowiadać. Tam trzeba być i to przeżyć, a namiastkę postaram się pokazać Wam na zdjęciach:

Ciekawostka: tunel robi się ciemny po zgaszeniu latarki.

Świecące robaczki. Na żywo wyglądają znacznie lepiej.

Lodowiec.

Jeden z kilku mostków na trasie.

Każdy pokonuje je na swój własny sposób.

Doszliśmy 🙂

Zaraz obok miasteczka Franz Josef, przy rzece wypływającej z lodowca o niezwykle białej barwie, znajduje się opuszczony motel, który stał się naszą bazą wypadową. Można w nim zostawić plecaki lub rozbić namioty, gdy komary i muszki zaczynają już za bardzo dokuczać. Stamtąd wyruszamy też na drugi, oddalony o 30 km lodowiec Fox. Ścieżki tam niestety ucierpiały podczas sztormu i są obecnie niedostępne dla turystów, ale w okolicy można liczyć na przepiękne odbicie gór w krystalicznym jeziorze Matheson. My mieliśmy pecha i góry były za chmurami, a tafla wody pofalowana przez wiatr. Przyjemne miejsce, ale czas się zwijać dalej. (Dwa miesiące później motelu już nie było. Był tylko gruz i kamieni kupa)

Tymczasowy dom.

Wanaka

Wyprężamy kciuki i jedziemy dalej. Tym razem zatrzymuje nam się dwóch Niemców, którzy zajmują się zawodowo montażem filmów. Zatrzymujemy się  z nimi w paru miejscach, a tym najważniejszym jest nazywane „blue pools”. Kluczem jest tutaj krystalicznie czysta woda, o zabarwieniu błękitnym i lodowatej temperaturze około 5 stopni Celsjusza. Kilka metrów nad taflą wody rozciągnięty jest most, z którego nasi kierowcy planują wpaść do tej rześkiej wody. Niemcy skaczą, więc duma nie pozwala mi odpuścić i także decyduje się na ten szalony krok. Trzęsąc się już z zimna w polarze wydaje mi się to bardzo głupim pomysłem, ale nie ma innego wyjścia by wyjść stamtąd z podniesioną głową. W tłumie podróżujących, odwiedzających to miejsce, znajdują się jeszcze dwie osoby, którym podoba się ten pomysł. Nie ma już odwrotu i stoimy w piątkę rozebrani, trzęsąc się z zimna, a dziesiątki ludzi zgromadzonych wokół zaczyna odliczać. Trzy, dwa, jeden… Kilka metrów w dół i przeszywające zimno nie wydaje się takie złe, ze względu na ogarniającą mnie adrenalinę. Temperatura powietrza, która wydawała mi się wcześniej zdecydowanie zbyt niska, po wyjściu z wody jest przyjemnie ciepła, a radość z udanego skoku jest tak wielka, że wspinam się i skaczę jeszcze raz.

Hop siup.

Po takich emocjach trzeba odpocząć i znaleźć dobre miejsce na namiot. Świerk stojący w parku jest na tyle duży, że przeciskając się pomiędzy gałęziami, można przy pniu znaleźć idealne miejsce na biwakowanie. Leżąc już w namiocie, z piwkiem w ręku, dostaję wiadomość od „Podróżnych Opowieści” – czyli Łukasza i Magdy, których poznałem w Sydney. Nie tylko są na tej samej wyspie co ja, ale i w tym samym mieście, niecały kilometr dalej. Tym sposobem trafiam do Krzyśka (znajomego Łukasza), mieszka i pracuje on w domu, który pod wieloma względami przypomina naszą bazę na Duralu w Sydney, w którym mieszkałem z Termometrem przez ponad 2 miesiące. Są tu lekko spartańskie warunki, z elektrycznością tylko w kuchni, brakiem mebli i skarżącymi się sąsiadami, którzy podejrzewają to miejsce o bycie nielegalnym hostelem, ze względu na ilość odwiedzających je osób. Następnego ranka wybieram się jeszcze z Basią na bardzo popularny szlak zwany „Roys pick” i przerwą przy najsławniejszym drzewie w całej Nowej Zelandii. Tutaj jednak nasze drogi się rozchodzą. Basia jedzie dalej, a ja jeszcze zostaję dzień w Wanace i pomagam Łukaszowi z konstrukcją łóżka w jego samochodzie. Dzień później jednak jadę dalej i ruszam na spotkanie z innym znajomym z Sydney – Andrzejem.

Punkt widokowy w drodze na Roys Pick. Czasem kolejka do selfika liczy kilkadziesiąt osób, dlatego warto wejść wyżej.

Najsławniejsze i najczęściej fotografowane drzewo w Nowej Zelandii.

Tak się buduje.

Dalej

Wyprawę po Nowej Zelandii zacząłem na wysuniętym na północy przylądku Reienga , a teraz przyszedł czas, by udać się na najbardziej wysunięty punkt na południe, południowej wyspy (są jeszcze małe wysepki należące do Nowej Zelandii znajdujące się poniżej). Na „Slope Point”, mam okazję zobaczyć pierwszy raz, w moim życiu pingwiny, ale nie zostaję tam długo, ze względu na pogarszającą się pogodę i coraz bardziej przemoczone ubrania. Nadchodzący cyklon według prognoz, ma być słabszy we wschodniej części, więc w tamtym kierunku celuję swój kciuki i prędko znajduję darmowy camping, w którym rozbijam namiot i chowam się przed nadciągającym deszczem.
Jeśli to jest ta lepsza pogoda to nie chce wiedzieć jaka wygląda ta gorsza. Tak się rozpadało, że nie jestem w stanie wyjść z namiotu przez ponad 30 godzin. Ratuje mnie książka, którą napisał i podarował mi jeden z kierowców, opisując w niej swoje życie i podróże, mieszkaniec Curio Bay przy „Slope Point”. Odleżyny jednak zaczynają mi dokuczać, więc wychodzę, gdy tylko ulewa przeradza się w lżejszy deszcz. Pytam o pogodę pierwszą napotkaną osobę, ale wiadomości nie poprawiają mi znacznie humoru, gdyż przez najbliższe 24 godziny nie wiele ma się zmienić. Zbieg okoliczności jednak chce, że z samochodu zaparkowanego obok wychodzi Łukasz, z którym zbijam wielką pionę! Co ciekawe poznałem ten samochód wcześniej (w końcu montowałem w nim łóżko), ale nie wierząc w aż taki przypadek uznałem, ze to musi być ktoś inny.
Jedziemy razem do biblioteki skorzystać z internetu i doładować elektronikę, a w ostateczności zabierają mnie i moje przemoczone graty, 100 km dalej na północ, gdzie pogoda dużo szybciej się rozjaśnia. Po drodze zatrzymujemy się, by podziwiać bardziej nietypowe niebieskie i garbate małe pingwinki, a następnego dnia rozdzielamy  się znowu. Ale nie na długo…

Ciąg dalszy nastąpi wkrótce. Po prostu post byłby za długi 😉

Mały i garbaty.

Szkoda jednak takiego rozjechać.

Zachowajcie spokój jak ta foka. Ciąg dalszy Nowej Zelandii ukaże się wkrótce.


  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Facebook Comments