Kolumbia

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Przekroczyliśmy granicę Ekwadorsko-Kolumbijską we czwórkę razem z Tomkiem. Przypadkiem zrobiliśmy to nielegalnie co zmusiło nas do powrotu na granicę, by wrócić po pieczątki do paszportu, których brak mógłby sprawić nam w przyszłości wiele kłopotów. Czekamy godzinkę w kolejce i już  o godzinie 17-tej zaczynamy naszą dalszą tułaczkę po Kolumbii.

Naszym celem jest dojechanie do Bogoty, w której zaczął się tego dnia z rana trzy-dniowy rockowy festiwal odbywający się w parku, w którym bierze udział kilkaset tysięcy osób. Jedziemy we czwórkę więc nasze szanse by dotrzeć tam na czas nie zbyt są duże. Pierwszym stopem jedziemy jest tylko parę kilometrów do najbliższej miejscowości, gdzie już umierając z głodu znajdujemy szybko jakąś szamę i jak najszybciej wychodzimy na wylot z miasta. Robi się ciemno, a nasze szanse spadają. Olek z Tomkiem tracąc nadzieję i lecą po piwko do pobliskiego sklepu. Już po dwóch łyczkach zatrzymuje nam się auto, które przekroczyło nasze najśmielsze wyobrażenia. Jest to Volkswagen T2(ogór) wraz z Argentyńczykiem, który jeździ już nim od 13-tu miesięcy i planuje w ciągu następnego roku dojechać nim do Alaski. Jest to człowiek, który cały czas jest w podróży tak jak my, mieszka w swoim samochodzie i dorabia grając na gitarze na ulicach i w restauracjach.  Ciesząc się jak dzieci nowym transportem, lecimy szybko po piwka na drogę i rozwalamy się w ogórze przy dobrej muzyce. Mamy z nim do przejechania pół drogi do Bogoty, lecz szybko się okazuje, że nie będzie to takie proste. Samochód którym jedziemy w górzystych terenach, rzadko jest w stanie przekroczyć 40km/h, a wysoka temperatura dodatkowo zmusza Edwarda to częstych postojów, aby schłodzić trochę silnik. Przejeżdżamy około 100km, by zatrzymać się na stacji benzynowej przy mieście znajdującym się na naszej trasie. Dzieje się tam coś dziwnego. Po drugiej stronie ulicy jest jakiś dziwny obóz, w którym  jest pełno dziwnych ludzi. Wychodzą oni co chwila na środek ulicy z kijami bejsbolowymi, by zatrzymać kierowcę ciężarówki, a czasem nawet wskoczyć mu się do kabiny, lub wyciągnąć coś z bagażnika. Co najdziwniejsze, wszystkiemu przygląda się policja… Jesteśmy zaskoczeni jak przywitała nas  Kolumbia. Znajdujemy najbezpieczniejsze dla nas miejsce na namioty, w których spędzamy noc.

*Jak się okazało później był to strajk kierowców samochodów ciężarowych, przeciwko kosmicznym cenom na bramkach za przejazd (nieraz koszt około 60zł za odcinek mniejszy niż 100km), oraz wysokie ceny benzyny. Strajk trwał 42 dni i spowodował brak paliwa na stacjach benzynowych, oraz wielu produktów w sklepach. Kierowcy, którzy nie zastosowali się do strajku, jeździli z powybijanymi szybami i pełnymi pampersami gdy Ci strajkujący ich zatrzymywali. Jazda bez przedniej szyby trochę ochładza 😉 Tak dla ciekawostki transport produktów z Bogoty do Kartaginy (~800km) był droższy niż z Kartaginy do Hiszpanii drogą morską przez cały Atlantyk.

Czytaj również:  Gibraltar przejęty!

Następnego dnia z rana, szybka kawa i jedziemy ogórem dalej. Już wiemy, że na koncerty w tym tempie nie zdążymy, ale atmosfera nie pozwala nam opuścić tego auta. Jednak, po drodze wszystkie stacje benzynowe są zamknięta (nie mają paliwa…bo strajk), a nam po kilkudziesięciu kilometrach kończy się  benzyna. Szczęście, że tej góry zostało nam pół kilometra, bo nawet w piątkę popchnąć ogórka nie było lekko. Potem już z górki, aż do wioski, gdzie ktoś z domu wygrzebał parę litrów paliwka specjalnie dla nas. Ta benzyna jest felerna, a ogórek traci moc. Po mozolnej drodze, przy następnej stacji benzynowej, żegnamy się z naszym kierowcą, bo samochód już odmawia całkowicie posłuszeństwa, a my nie jesteśmy w stanie mu pomóc.

20160702_163430

Nasz pierwszy autostop w Kolumbii. Jedziemy we czwórkę i leżymy, jest zajebiście.

FB_IMG_1468019927567

Jedziemy ogóreczkiem.

DCIM100GOPROGOPR7745.

Którego czasem trzeba też nakarmić.

My wracamy do naszego standardowego zajęcia i wyciągamy kciuki. Jest podwózka, ale tylko dla dwóch osób. Maciek z Olkiem jadą, a ja zostaję i próbuję dalej z Tomkiem. Jest niedziela, a dzień dobiega końca, więc szanse mamy już malutkie. Po paru godzinach rezygnujemy i szukamy miejsca na kimę. Zagaduje nas właściciel hotelu, który odwiedzał kiedyś Polskę. Najpierw pokazuje miejsce na namiot, a gdy zaczynamy się rozbijać, przybiega do nas że chce jednak dać nam pokój u siebie w hotelu.

DCIM100GOPROG0017753.Noc w hotelu? Czemu nie 🙂 Odpoczynek czasem się przydaje.

Autostop w Kolumbii nie działa wyśmienicie, a my robimy około 200km dziennie. Wiedząc że chłopaki mieli dzień przewagi nad nami, jesteśmy ogromnie zdziwieni widząc ich po dwóch dniach idących wieczorem w deszczu z minami jakby nie znaleźli łazienki od tygodnia. Wyprzedzamy ich o 3,5km, rozbijamy namiot i ciśniemy bekę cały wieczór. Ta noc testuje wodoodporność mojego namiotu, który spisuje się na trójkę z minusem jak ostatnim razem. Widzimy się z chłopakami jeszcze rano 20km dalej i jeszcze raz ciśniemy z nich bekę… Ostatecznie docieramy pod wieczór do wyczekanego Medellin przed Termometrem i Olkiem, ale informacje które od nich dostaliśmy odnośnie hosta są bardzo niedokładne. Sugerujemy się podpowiedziami jakie od nich dostaliśmy i ruszamy pod uniwersytet. Znajdujemy ulicę nr 86 i szukamy domu. Nie ma… Sprawdzamy mapę i okazuje się, że to nie jest jedyna droga nr 86, a jest ich co najmniej kilka w tym 3mln mieście. Zaczynamy naszą wędrówkę, szukając  hostki…

Po długim spacerze zastaje nas noc, a do nas dołączają dwie dziewczyny i ich wujek na wózku inwalidzkim, twierdząc że dla nas samych jest tutaj zbyt niebezpiecznie . Chodzą,  puszczają wujka na trzy-pasmówce z górki dla zabawy, pomagają nam szukać, pytają ludzi, a to wszystko bez skutku. Wiemy, że jesteśmy blisko, nawet ludzie w okolicy kojarzą nazwisko, ale nikt nie wie gdzie jest dom. O godzinie 23:30, do ekipy szukającej dołącza 5-ciu policjantów. Sprawdzają nam paszporty i po konsultacjach przez krótkofalówkę zaprowadzają pod drzwi. Pukamy, ale nic to nie zmienia, policja puka jeszcze kilka razy, a my już chcemy się zapaść pod ziemię, czując się źle ile osób z nami przyszło pod dom Laury. Chwila mija, a na szczęście wszyscy w środku śpią, my dostajemy zaproszenie do domu osób pomagających nam już od 1,5h znaleźć ten dom.

Czytaj również:  Braassiil !

Gadamy, śpiewamy, tańczymy spędzając z nimi świetny czas. Dowiadujemy się też, że Maciek z Olkiem są już u Laury, a my po prostu pukaliśmy w nie te drzwi co trzeba. Ze świetnym humorem wysypiamy się, by następnego dnia już całą czwórką zacząć zwiedzanie miasta.

Medellin

Medellin jest drugim co do wielkości miastem w Kolumbii z ludnością bliską 3 milionów. Jedziemy kolejką nad miastem z piękną panoramą, oraz zwiedzamy centrum i muzeum w nim położonym. Oddalając się od niego na 500m już można zobaczyć ćpunów ładujących mocne narkotyki na ulicy, oraz ludzi śpiących pod murkami, ale nie takie miasto zapamiętamy.  Ludzie tutaj są świetni, a my mamy okazję się o tym przekonać. Idziemy tutaj na dwie świetne imprezy. Na pierwszą idziemy całą czwórką i dwoma dziewczynami, które przenocowały nas pierwszej nocy. My w klapeczkach i krótkich spodenkach jak zwykle, bo wygodniej, a one wystrojone i odmalowane jak choinki. Drugiej nocy idziemy z Laurą, a wieczór wygląda dość podobnie tylko w centrum. Tym razem wyrzucają nas z pięciu klubów, ze względu na obuwie. Do jednego jak udało nam się wejść, to po 2 minutach już musieliśmy wyjść, ze względu na problem z miejscowymi. Dawno takich imprez nie mieliśmy, więc cieszą one jeszcze bardziej, a ich szczegóły zapamiętamy do końca życia. Dzień odpoczynku i ruszamy dalej.

DCIM100GOPROG0027837.

Z naszymi nowymi znajomymi.

DCIM100GOPROGOPR3518.

I naszą hostką Laurą.

DCIM100GOPROG0083484.

Teleferico nocą.

Guatape

Guatape jest małą i bardzo turystyczną miejscowością położoną zaledwie 75km od Medellin. Tym razem ja jadę z Maćkiem, a do miasteczka przyjeżdżamy na 6 stopów tuż po Olku i Tomku, którym udało się dojechać zaledwie dwoma samochodami. Jest wieczór, a pogoda nam nie dopisuje. Ciągła ulewa zagania nas do kościoła, gdzie po 1,5h mszy zagadujemy do księdza. Siostry zakonne zaprowadzają nas do szkoły, gdzie na stołach gramy w pokera i spokojnie spędzamy noc, by następnego dnia wyruszyć na skałę, z której można zobaczyć piękny krajobraz okolicy. 659 schodów do góry bez plecaków nie jest naszym największym wyzwaniem, a wstęp który musieliśmy zapłacić rekompensują nam przepiękne widoki.

Szukając miejsca na rozbicie namiotu tego wieczora jesteśmy bardzo wybredni, ale kawałek trawki przy brzegu przekracza nasze oczekiwania. Znajdujemy drewno i rozpalamy ogień. Przy kiełbaskach i browarkach spędzamy świetny wieczór, rozmawiając głównie o przyszłych planach.

DCIM100GOPROGOPR3568.

Pokerek w szkole, żetony z papieru.

DCIM100GOPROGOPR3597.

Poranne śniadanko przed wyprawą.

DCIM100GOPROG0163612.

Gotowi do drogi.

20160712_115933

I widok z góry. Było warto.

DCIM100GOPROGOPR3680.

Następnego dnia chill out gdzieś w okolicy.

Bogota

Po imprezach w Medellin jesteśmy krucho z kasą, a do 16 milionowej stolicy przyjeżdżamy z myślą dorobienia sobie grosza. Zatrzymujemy się u przesympatycznej pary, która oprócz nas gości też dwójkę Austriaków. Jest ciasno, ale bardzo sympatycznie, a my i tak spędzamy większość czasu w centrum miasta. Ja kupuję gitarę, a chłopaki przyrządzają miksturę. W centrum podczas mojego brzdękania, Maciek z Tomkiem robią duże bańki mydlane, a Olek trzyma karton z napisem „Polacos viajeros, por favor dineros”. Dzieci się cieszą, skaczą i rzucają czym się da, żeby tylko bańkę rozwalić. Jest wesoło i spędzamy tam dobrze czas, a pieniądze które dostajemy wystarczają nam na jedzenie.

Czytaj również:  Jachtostopem do Cabo Verde!

W tym mieście mamy jednak zamiar zostać trochę dłużej. Klimat jest świetny. Żeby nie męczyć naszą cztero osobową obecnością Anuara w jego małym mieszkaniu, przenosimy się do Alex’a. Tutaj wita nas Rubio – jego współlokator. Mieszkają w piętrowym domku, który sprawia dla mnie wrażenie studenckiego. Sami właściciele są muzykami, moim zdaniem ze sporym talentem. Rubio głównie zasuwa na klawiszach, a Alex na perkusji. Ten drugi gra w zespole „profetas”, na którego koncert jednego dnia się wybieramy. Odbywa się on w ekskluzywnym barze, do którego wejściówki kosztują około 70zł, ale my mamy nagrane VIP wejściówki. Cały pobyt w tym domu (a spędzamy tutaj ponad tydzień czasu) jest pod znakiem imprezy, luzu i robienia baniek na ulicy. Jest to chyba do tej pory najlepszy host jakiego mogliśmy sobie wymarzyć. Podoba nam się tutaj tak bardzo, że rodzi nam się nowy pomysł… a może by tak wynająć sobie mieszkanie w Bogocie, znaleźć pracę i żyć tutaj przez 2-3 miesiące…

DCIM100GOPROG0393834.

U Anuara i Viviany w domu wraz z Austriakami.

20160714_160158

I widok od nich z balkonu na maleński skrawek Bogoty.

20160716_144054

Bańkujemy.

DCIM100GOPROG0333784.

A inni też zarabiają na ulicy. Ten pan np. promuje hazard ze świnkami morskimi. Wypuszcza jedną, która biegnie, a ludzie obstawiają w którym domku się schowa.

Cucuta

Plan ten jest bardzo realny, ale na razie wracamy do naszego obecnego. Opuszczamy Bogotę, do której jeszcze razem z Tomkiem wrócimy, ale o tym później. Jedziemy do Cucuty, która jest miastem granicznym z Wenezuelą. Dzielimy się dwójkami, a tym razem ja jadę z Olkiem. Trasa do czasu mija spokojnie, ale już w drodze łapie mnie straszna gorączka, która przeradza się w problemy żołądkowe. Nie wiem co się dzieje, ani jak się nazywam. Jednego dnia ze względu na moje problemy zatrzymujemy się przy stacji benzynowej na 6 godzin bez możliwości ruszenia się miejsca, a mnie po głowie chodzi myśl by pierwszy raz wziąć płatny autobus. Jednak podejmuję ryzyko i razem z Olkiem dojeżdżamy stopem do Cucuty. U hosta znajdujemy naszych serdecznych kolegów, którzy przyjechali tu chwilkę przed nami.

Okazuje się że problemy, z którymi się zmagam od jakiegoś czasu podziela także Maciek, a z czasem dopada też Olka i Tomka. W Cucucie pod znakiem zajętej toalety spędzamy dwa dni, by w miarę czasu wyzdrowieć i wyruszyć do najniebezpieczniejszego kraju Ameryki Południowej – Wenezueli.

DCIM100GOPROGOPR3941.

Mimo problemów zdrowotnych, wraz z Maćkiem i Stefany udajemy się nad rzeczkę.

DCIM100GOPROG0023951.

Przez, którą musimy się jakoś przedostać.

Do Kolumbii jeszcze wróciliśmy i spędziliśmy tam jeszcze mnóstwo czasu, dlatego więcej szczegółow o tym pięknym kraju i kulturze w kolejnych wpisach, a już wkrótce mrożące krew w żyłach przygody z Wenezueli.


  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Facebook Comments