Malezja

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Do Malezji mam nastawienie bardzo neutralne. Jest to kraj przyjemny i bezpieczny. Jako turysta można się tutaj poczuć kompletnie swobodnie. Niestety nie ma zbyt wielu spektakularnych miejsc, ani szokujących różnic kulturowych (przynajmniej w porównaniu do takich krajów jak Indonezja). Wjeżdżamy tutaj z myślą o relaksie i spokojnym zwiedzaniu. A więc zaczynajmy.

Malezja

Wjeżdżając do Malezji mam odczucie, że ten kraj jest mieszanką kultury azjatyckiej i europejskiej. Standardy życia są bardzo zbliżone do naszych polskich. Lokalna waluta rinngit to około 0,9 złotówki. Zarobki jak i ceny w sklepach prawie równomiernie idą w dół. Nasz gospodarka jest troszkę silniejsza, aczkolwiek prognozy na dłuższy okres zapowiadają, że ze względu na polską zmniejszającą się demografię, Malezja powoli będzie nas doganiać. Infrastruktura także może być porównywana do naszej (przynajmniej na rzut oka z ulicy). Znaczna różnica jest natomiast w ludności, która jest w większości mieszanką rdzennych Malezyjczyków i Malezyjczyków chińskiego pochodzenia. Mieszkający w tym państwie biały człowiek także nikogo tutaj nie zdziwi, przez co można się czuć bardzo swobodnie. Rząd wydaje się skutecznie lawirować pomiędzy globalnymi potęgami poprawiając stopniowo gospodarkę. To samo można powiedzieć o kulturze, gdyż przeciętny Malezyjczyk zasuwa w robocie jak Koreańczyk po 12 h dziennie, myśląc tylko o pracy. Można jednocześnie wyczuć u niego elementy kultury zachodniej. Prawdopodobnie jest to skutek kolonizacji przez Wielką Brytanię, która do dzisiaj ma w Malezji swoje wpływy.

Najsławniejszy budynek Malezji – Petronas Twin Towers.

Robi wrażenie.

Kuala Lumpur / Jemen

Ta prawie dwu milionowa stolica słynie przede wszystkim z wieżowca „Petronas Twin Towers”, oraz kolorowej jaskini/świątyni „Batu Cave”. Ani zabytki, ani cuda techniki nie są jednak tym co najbardziej będę wspominać z pobytu w Kuala Lumpur, a są to ludzie u których się zatrzymaliśmy. Naszymi hostami na południu miasta są Jemeńczycy, którzy mieszkają w dzielnicy imigrantów i trzymają się razem ze swoimi rodakami. Można tutaj skosztować jemeńskiej kuchni, porozmawiać po arabsku, lub po angielsku, ale można napotkać trudności,by znaleźć rozmówcę mówiącym w w języku malezyjskim. Jest to trochę państwo (raczej miasteczko) w państwie, które w ogóle się nie integruje i sunie do przodu swoim własnym tempem.  Nie jestem fanem takich dzielnic, nie pochwalam ich i nie chciałbym, by takie w Polsce powstawały. Na dłuższą metę, gdy te miejsca będą się rozrastać, różnice kulturowe coraz bardziej będą wychodzić na powierzchnię. Utworzy to spięcia między ludnością – co już tu można zauważyć (nasi koledzy zwalają winę za szkody na Nigeryjczyków). Większość Jemeńczyków jest tutaj jednak bardziej „przelotem”, gdyż w ich kraju panuje wojna i zasługują na status uchodźcy bardziej, niż 99% tych przyjeżdżających do Europy. W Malezji muszą przedłużać swoją wizę każdego roku. Co do młodego pokolenia tutaj urodzonego – nie mam pojęcia, lecz kultura w takim miejscu wpajana jest z innego kraju.

Wejście do Batu Cave.

Uwaga – jak wchodzisz po schodach uważaj na małpeczki.

Obok Batu Cave znajduje się druga jaskinia. W środku eksponaty religijne.

Duży leżący ktoś!

Mnie nie pytajcie. Nie ogarniam tej religii ani ciut ciut.

Nie jestem u siebie i cieszę się po prostu nowym doświadczeniem. Nie wiem, czy w tym momencie bardziej zwiedzam Malezję, czy Jemen, aczkolwiek o tym drugim państwie uczę się bardzo wiele. Eddy (nasz host) wraz ze swoim kuzynem Szonem (jego współlokatorem) są mega pozytywnymi ludźmi. Spędzamy świetnie czas jadąc razem do miasta, siedząc w basenie/saunie/jacuzzi na dachu wieżowca albo prowadząc długie rozmowy na mniej lub bardziej ważne tematy. Stołujemy się ichniejszą kuchnią u sąsiadów, którzy przygotowują najbardziej tradycyjne potrawy. Są one przepyszne i zapychające. Nie tylko oni dzielą się swoimi obyczajami z nami. My uczymy ich także naszej kultury. Pomimo iż są muzułmanami, to mają zdrowy dystans do religii i od teraz bardzo dobrze zapamiętają pojęcia jak „na zdrowie”, „rozchodniaczek”, czy „na drugą nóżkę”. Wiedzą, że wódkę trzeba pić czystą, nie naleją sobie sami kieliszka i zabłysną w towarzystwie namawiając do bruderszaftu. Jak się można spodziewać nie imponują za to twardością głowy, chociaż plączący język można nazwać przypadkiem, a problemy z trawieniem – przejedzeniem.

Jemeńskie „mniam mniam”.

Relaks na dachu.

Wróćmy jednak do Jemenu, gdyż to tam dzieją się rzeczy dużo ważniejsze. W chwili, gdy o tym piszę to 13 z 30 mln ludzi żyjących w tym kraju jest narażone na klęskę głodową. Są na granicy, by trafić do rankingu jako największa głodówka ostatnich 100 lat. Pomoc humanitarna jest jednak zablokowana  przez Arabię Saudyjską, co dla mnie jest bardzo nieludzkim posunięciem. To wszystko jest spowodowane wojną pomiędzy południem i północą, która toczy się od 15 lat i pochłonęła tysiące cywilów. Eddy po 3 latach mieszkania w Malezji dalej zakrywa na noc z przyzwyczajenia oczy i uszy opaską. W jego rodzimym kraju sen bez tego nie byłby możliwy ze względu na eksplozje, które zaburzają ciszę kilka razy na noc. W jego rodzinie były śmiertelne przypadki i on sam był światkiem niejednego wybuchu. Pociski nadlatują znikąd i bez ostrzeżenia, ale ludzie w jakiś sposób przyzwyczaili się do takiego życia (nie mylić z akceptacją). 9/10 młodzieńców wybiera karierę żołnierza, gdyż o pensje w tych czasach bardzo trudno. Bombardowania na część północną są sponsorowane przez Arabię Saudyjską, której na ten cel nie brakuje pieniędzy. Ciszę w naszych mediach o tym regionie świata ciężko wytłumaczyć, ale jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Faktem jest że Arabia Saudyjka jest najważniejszym klientem zbrojeniowym Stanów Zjednoczonych.

Tradycyjne jemeńskie stroje. Nóż, na którym trzymam rękę, można schować do pochwy tylko po uprzednim ubrudzeniu go krwią. „Tylko szaleńcy go wyciągają, dlatego zawsze nosimy broń palną pod marynarką”.

Nie jest to jednak post o Jemenie tylko o Malezji, więc wróćmy do tematu. Ja na koniec jeszcze dodam, że z tej znajomości obie strony wyniosły wiele. My dostaliśmy ogromną lekcję o Jemenie. Eddy i Szon stwierdzili natomiast, że zmieniliśmy ich podejście do życia. Według nich udowodniliśmy, że zawsze można sobie w życiu poradzić mając odpowiednie nastawienie (te słowa są dla mnie ogromnym zdziwieniem, ze względu na historie ich właścicieli).

Cameron Highlands

Następnym naszym punktem na mapie są wzgórza Cameron Highland. Po drodze zatrzymujemy się na stacji benzynowej i spędzamy na niej aż 68 godzin. Nie ze względu na problemy ze złapaniem podwózki, bo autostop w Malezji działa świetnie, tylko ze względu na odpoczynek. Może się to dla Was wydawać dziwne, lecz w takiej podróży ciężko znaleźć czasem czas dla siebie i wystarczającą ilość snu, a taka wegetacja na „rest area” jest czymś zajebistym.

Zasłużony chill.

Już z naładowanymi bateriami ruszamy na wyżyny Cameron. Najważniejszym punktem jest tutaj omszany las „mossy forest”, ale my nie wybieramy standardowej drogi. Po nocy u strażaków udajemy się na mało uczęszczaną ścieżkę przez dżunglę: „jungle trail 1”. Dzięki oznaczeniom gubimy się tylko raz, ale łatwo znajdujemy drogę na nowo. Jest to 2 godzinna przeprawa po błocie pod górkę, gdzie nie rzadko trzeba używać rąk do pomocy przy wspinaczce. Sama ścieżka jest ciekawsza niż widok na szczycie, który nie urywa łokci, ani żadnych innych części ciała. Omszany las jest spoko, ale szału nie ma. Najfajniejsza jest tutaj pogoda, bo w przeciwieństwie do całej mega gorącej Malezji, można tutaj poczuć ulgę w postaci chłodku.

Ścieżka.

W okolicy są za to bardzo ładne plantacje herbaty, które ciągną się po wzgórzach. Jest możliwość skosztowania tego ciepłego napoju prosto z „pola”. Herbatka jest dobra, ale przyznam szczerze, że nie najlepsza w moim życiu.

Widok plantacji herbaty lepszy od samego jej smaku.

Kuala Tahan

Polecanym przez przewodniki punktem są zwisające mosty w okolicach Kuala Tahan. Zanim tam jednak dojedziemy, Maciek znajduje w okolicy hosta, który okazuje się bardzo ciekawą osobą.

Jest nią autostopowicz – Zaki, który od paru lat walczy z rakiem. Ma za sobą już 3 chemioterapie i wiele transfuzji (zmaga się z rakiem krwi). Los nie zgotował mu łatwego życia, lecz jego postawa zasługuje na nie małą pochwałę. Przy tym wszystkim co mu się przytrafiło jest bardzo pozytywną osobą, która nie przestaje się uśmiechać. Gdy dowiaduje się o kolejnym nawrocie, przed planowaną terapią, odpowiada swojemu lekarzowi – „no dobra, ale leczenie musi poczekać, ja teraz na miesiąc ubieram plecak i jadę zwiedzać… jak wrócę to zacznę tę mękę na nowo” i wychodzi z uśmiechem myśląc o nadchodzącej przygodzie. Zjechał tak całą Malezję mając 30 zł w kieszeni, lub całe Borneo z 60 groszami. Nie pominął przy tym wspinaczki na najwyższą górę Azji Południowo Wschodniej. 29 – letni Zaki jest także założycielem grupy „Cancer Fighters Malasia” i dodaje swoimi historiami otuchy 30 tysiącom osób, którzy go obserwują na facebook’u.

Cały on.

Karton który ma nad głową ma już 3 lata i był na niezliczonej ilości zdjęć i zwiedził nie jedno miejsce.

Właśnie od Zakiego dowiadujemy się o jaskiniach, których nie sposób znaleźć w przewodnikach. Są one niedaleko jego domu, a on sam decyduje się nas po nich oprowadzić. Czegoś takiego jednak się tam nie spodziewałem. Konstrukcje skalne ciągną się w tej dżungli kilometrami, a w nich kryją się podziemne przejścia. W niektórych grotach można by zmieścić kilka, kilkunastu piętrowych budynków, podczas gdy przy innych przejściach musimy wciągać brzuchy. Podziwiamy wiele otworów przez które wpada światło i zielona roślinność dżungli. Czasem jednak mamy do przejścia kilkaset metrów w kompletnej ciemności, wspinając się i zjeżdżając w dół po śliskich kamieniach ubrudzonych błotem. Niektóre kamienie i konstrukcje skalne wraz ze wzmacniającym je echem działają jak instrumenty, a sama przygoda jest dla mnie spełnieniem marzenia (chciałem je spełnić w Wietnamie nie spodziewając się, że może to nastąpić z nienacka w Malezji).

Wyjście.

To na prawdę jest drzewo schodzące korzeniem wprost do jaskini. Nie mam pojęcia jak to możliwe, ale to nie jest odosobniony taki przypadek.

Zaraz będzie ciemno…

W jaskiniach czuje się jak u siebie w domu. Zawsze 🙂

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że jesteśmy tu całkowicie osamotnieni. Z tego co mówi Zaki, nie jest to bardzo popularne miejsce, a turyści zjawiają się tylko weekendami. Korzystając trochę z tego faktu, wybieramy się do jednej z jaskiń na noc. Dźwięki dżungli są ciekawe jak zawsze, jednak sporo różniące się od tych z tej amazońskiej. W jaskini noc jest bardzo spokojna i przyjemna. Można tu przyjść samemu, ale niektóre skróty, lub przejścia nie byłyby możliwe bez naszego autostopowego rakowego wojownika, który wychował się w tych rejonach i znał więcej niż zapewne niejeden przewodnik.

Obóz.

No jeszcze jedno zdjęcie z jaskini, bo jest mega.

No dobra, to już ostatnie, jedziemy dalej.

Po tej niezwykłej przygodzie wracamy do naszego pierwotnego planu i wizyty w Kuala Tahan. Mamy niemałego pecha, gdyż przyjeżdżamy w środę wieczorem i dowiadujemy się, że mosty zamknięte są tylko w jeden dzień tygodnia. Jest nim czwartek. Oznacza to dla nas półtora dnia oczekiwania bez internetu, bo w takiej wiosce jak tutaj, wifi jest nieosiągalne. Nie mamy wiele punktów do zahaczenia w Malezji, więc wegetujemy przez ten dzień  bez marudzenia.

Taman Negara co w dosłownym tłumaczeniu oznacza z malezyjskiego „park narodowy” jest uważany za jedną z najstarszych dżungli świata. Z Kuala Tahan trzeba się przedostać na drugi brzeg rzeki za cenę jednego ringeta (około 90 groszy). Tam można znaleźć biuro parku, gdzie trzeba zapłacić kolejnego ringeta za park. Opcjonalnie można wydać dodatkowo 5 za mosty linowe i jeszcze 5 za korzystanie z kamery/aparatu. „Canopy walk” jest najdłuższym spacerem na podwieszanych mostach na globie. Jest to taki park linowy z jedną atrakcją, ale za to na sporej wysokości i ciągnącej się przez paręset metrów. Zarówno to jak i cały park uznaję za bardzo przyjemną niedzielną atrakcją, ale nie zachęcam do przejechania pół świata, by znaleźć się właśnie tutaj (jaskinie są lepsze).

Mostek.

Jest nawet wysoko.

Wschodnie wybrzeże

W Malezji mamy dużo czasu. Nie mając także zbyt wielu zaznaczonych punktów na mapie, nigdzie się nie spieszymy. Korzystamy z tego faktu, by bez pośpiechu zahaczyć o wschodnie wybrzeże i przejechać drogą, koło morza południowo – chińskiego. Na mapie wygląda jak linia zaraz koło wody, lecz w praktyce jest oddalona o kilkadziesiąt metrów, więc widać ją tylko między drzewami. Najciekawszym punktem jest niespodziewany przejazd przez ciągnącą się przez parę kilometrów fabrykę. Przypływa do niej ropa z morskich rafinerii. Jest też tutaj przetwarzana. Zatrzymujemy się też na popularnej wśród miejscowych plaży. Jest to kolejne przyjemne weekendowe miejsce. Tanie jedzenie, pole namiotowe (za które trzeba płacić, więc spędziliśmy noc na cmentarzu – nie oceniajcie, było cicho i spokojnie, a każdy z nas spał jak zabity). Są też produkty drogie (muzułmański region) – najtańsze piwo w markecie 16 złotych.

Taka o – Malezjia.

Penang / George Town

Przejazd stopem przez kraj to sama przyjemność. Ludzie są bardzo mili i często proponują nadrobić parę kilometrów, by podrzucić ekstra na dobrą wylotówkę. Siedząc na murku i czekając raz na podwózkę, przepełza koło moich 4 liter, w odległości 5 cm, mały wąż. Jest on grubości małego palca, długości 30-40 cm i koloru żółto-zielonego. Nie znam się na gadach, ale dowiedziałem się, że jest on jadowitym lecz nie śmiertelnie – trzeba uważać gdzie się siada.

Skurczybyk.

W parę dni, na spokojnie, docieramy z powrotem na zachodnie wybrzeże. Jesteśmy w turystycznym Penang. Mamy tu hosta Lincolna, który pracuje zdalnie na swoim telefonie i poza krótkimi przerwami jest cały czas wolny. Ten pozytywny człowiek na starcie informuje nas, że najpierw napełni nasze brzuchy tradycyjnym lokalnym jedzeniem, a potem browarami, byśmy gładko spali. Jak powiedział tak zrobił. Robimy tournée po barach z nim i jego znajomymi zahaczając do miejsc średniej klasy, niskiej, oraz tych gdzie większość ludzi to turyści. Wieczór jest mega dobry i idealny na zakończenie przygody w Malezji. Jeszcze tylko 200 km stopowonia do Tajlandii, co nie jest żadną trudnością.

Z Lincolnem w jednym z barów. Akurat świetują halloween.

Podsumowanie

Malezja jest bardzo przyjaznym krajem, w którym czuję się mega komfortowo. Mało kto Cię zaczepia, nikt nie chce oszukać i traktuje jak swojego. Jest dużo ładnych miejsc, które można odwiedzić – dżunglę czy plaże. Łatwo można zapoznać się z lokalsami. Moim ulubionym miejscem jest centrum kraju i jaskinie. Nie ma za to wielu rzeczy, które mogą być uznawane za spektakularne. Jeśli jesteś w okolicy to nie omijaj Malezji, lecz jeśli chcesz zobaczyć coś wyjątkowego to lepiej odwiedzić jej sąsiadów.

Jest to kraj spokojny, idealny do odpoczynku. Autostop działa bardzo dobrze i jest bezpiecznie. Można się zatrzymać na stacjach benzynowych na dłużej, gdzie jedzenie jest tanie, nikt się Tobą znacząco nie interesuje, ale jednocześnie wszyscy są przyjazni.

Do Królestwa Tajlandii wbijamy po szybkiej wizycie na bezcłówce. Na granicy nie ma żadnych problemów i wszystko idzie gładko. Już od pierwszych chwil wiemy, że tutaj jest już inna bajka niż w Malezjii. Właśnie opuściliśmy kraj muzułmański i wjechaliśmy do kraju buddyjskiego. O nowych doświadczeniach kulturowych i przygodach w następnym poście.


  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Facebook Comments