Łapiemy pierwszy jachtostop

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Nasz pobyt na Gibraltarze powoli staje się dla nas męczący. Trzy tygodnie siedzenia w jednym miejscu spowodowały naturalne popadanie w rutynę, czyli coś przed czym uciekaliśmy z Polski. Ciężko tez robić tu coś ciekawego, jeśli cały czas trzeba szukać łodzi. Pewnego dnia trafia się jednak okazja, żeby choć trochę ten czas urozmaicić. Klaudia i Kamil, para polskich autostopowiczów, których mieliśmy przyjemność gościć na naszym squocie, postanawiają wrócić do Holandii i zwalniają miejsce na łodzi u Roya. Długo się nie zastanawiamy. Podejmujemy wyzwanie i postanawiamy zamieszkać przez 3 dni na jego łajbie. A jest to wyzwanie nie byle jakie. Roy to człowiek legenda i czy tego chcesz, czy nie, prędzej czy później szukając jachtu prawdopodobnie trafisz właśnie do niego. Jest to około 70-letni kapitan – alkoholik, który zacumował tu na dobre. Od 7 lat nigdzie nie wypłynął, a od 8 miesięcy nie opuścił swojego pokoju. Tak, to prawda. Nie łajby, a swojego pokoju! Wszystko czego potrzebuje mieści się w zasięgu jego ręki. Cały dzień spędza w pozycji siedzącej lub kucającej przed telewizorem. Praktycznie nic nie je. Pod łóżkiem ma wiadro do którego załatwia swoje najpilniejsze potrzeby. Nie ma problemu z tym, żeby załatwiać je przy nas. Po prostu nakrywa się wtedy kocem. A robi to dość często, bo przez cały dzień jedyne co przyjmuje jego organizm to San Miguele, papierosy i marihuana. Za pobyt na jego łajbie płaci się właśnie czteropakiem San Miguela za dzień od osoby. Nie jest to dużo, tym bardziej, ze nigdzie nie znajdzie się tu dachu nad głową za 2 euro. Poza wygodnym łóżkiem w cenie mamy dostęp do: gniazdka elektrycznego, internetu, toalet i pryszniców na marinie oraz.. zboczonych opowieści kapitana. Razem z nami na łodzi mieszka Martin – Austriak, który podobnie jak my poszukuje jachtu i Grzesiek – Polak, który przyjechał tu maluchem, mieszka u Roya już dobre pół roku, pracuje na Gibie i odkłada pieniądze na swój własny jacht. Przy 5 osobach jest dość ciasno. Rekord to 16 ludzi na jednej łodzi. Możecie sobie teraz wyobrazić, ile piwa ma Roy w swoim pokoju 😉

Piwko na łajbie

Piwko na łajbie

Do naszych obowiązków należy wyprowadzanie jego 16-letniego psa i podawanie kapitanowi piwa. Tu na chwile się zatrzymam i napiszę mały poradnik dla przyszłych jachtostopowiczów, którzy będą mieli okazję gościć na tej łodzi. Jeśli Roy poprosi Was, żeby podać mu piwo (a zrobi to na pewno, bo w przeciwnym wypadku musiałby wstać, czego nie robi zbyt często) musicie wiedzieć, że obowiązuje specjalna procedura:
1. Zabieracie pustą puszkę od Roya, zgniatacie ją i wyrzucacie do śmietnika (jeśli śmietnik jest pełen, w dobrym tonie jest wyniesienie śmieci do kubła na marinie)
2. Otwieracie specjalna lodóweczkę Roya, która ma dwa poziomy. Na każdy poziom wchodzą 3 browary.
3. Bierzecie jedna puszkę piwa z górnego poziomu, otwieracie i podajecie Royowi.
4. W wolne miejsce na górnym poziomie kładziecie puszkę z dolnego poziomu.
5. W wolne miejsce na dolnym poziomie kładziecie jedną z kilkudziesięciu puszek, które leżą pod telewizorem
6. Zamykacie lodówkę.
Wydaje się zagmatwane, ale na pewno szybko dojdziecie do wprawy 😉

Czytaj również:  Autostop do Rio

Podczas pobytu na łodzi dopada nas małe przeziębienie. Najpierw łapie Olka, jednak ma to szczęście, ze może przeleżeć dwa dni w normalnym łóżku i dobrze się wypocić. Potem przechodzi na mnie. 3 dni na łajbie mijają dość szybko i musimy wracać na stare śmieci.

Nasz pokój na łodzi u Roya

Nasz pokój na łodzi u Roya

Pewnego dnia odkrywamy bibliotekę, niedaleko Nazareth House, gdzie za darmo można korzystać z komputerów i internetu. Poświęcamy godzinę na zrobienie CV’ki napisanej na komputerze z dołączonym naszym zdjęciem. Udaje nam się wydrukować kilka sztuk za darmo w kolorze i przystępujemy do obklejania marin naszymi curriculum vitae. Jest to strzał w dziesiątkę!

Ale o tym za chwilę.

Podczas rozwieszania CV’ek spotykamy Polkę, która zacumowała na Gibraltarze na pół roku. Mówi nam, że za 3 tygodnie przypływa tu jej ojciec, który chce się z nią spotkać, a później płynie na Kanary i na pewno zgodzi się nas zabrać. Jesteśmy szczęśliwi, że mamy pierwszy jacht, jednak szybko uświadamiamy sobie, że wizja kolejnych 3 tygodni w tym samym miejscu trochę nas dobija. Idziemy rozwieszać dalej. Tego dnia robimy dobre 20 km, ale wkrótce wszystkie biura na marinach, toalety i pobliskie knajpy są pełne naszych ogłoszeń.

Ostateczna wersja CV'ki

Ostateczna wersja CV’ki

Aż wreszcie nadchodzi dzień, na który tak bardzo czekaliśmy. Zaczął się całkowicie zwyczajnie i nic nie wskazywało, że tego dnia los się do nas uśmiechnie. Obudziliśmy się nad ranem z potwornym kaszlem na naszym squocie. Jak co dzień wzięliśmy prysznic w Nazareth House i zjedliśmy tam ciepły obiad. Resztę dnia spędziliśmy w bibliotece na darmowym internecie. O godzinie 19:15, na kwadrans przed zamknięciem nagle zaczyna dzwonić Olka telefon. Kierunkowy Wielka Brytania. Intuicja podpowiada mi, ze jest dobrze. Nie mylę się. Po krótkiej rozmowie już wszystko jasne. Dzwonił kapitan łodzi. Potrzebuje załogi. Jutro o 10 chce się z nami spotkać.

Czytaj również:  Rio de Janeiro (1) - Miasto Boga

Biegniemy do apteki kupić lekarstwa na kaszel, żeby nie było widać po nas ani śladu choroby. W Mercadonie kupujemy też czosnek, cebulę i pajdę chleba, którą zjadamy na kolację. Podobno dobrze działa na kaszel. Przed północą kładziemy się spać. Pełni nadziei wstajemy skoro świt i idziemy na spotkanie z kapitanem.

Rozmowa trwa około godziny, a oto jej rezultat:
1. Płyniemy na Kanary!
2. Nie musimy płacić totalnie za nic!
3. W zamian kapitan oczekuje pełnienia przez nas nocnych wacht!

W międzyczasie podchodzi do nas Polak, który widział naszą CV’kę i daje nam 50 euro na dalszą podróż. Lepszego jachtostopu wymarzyć się nie dało. Wypływamy za 3 godziny!

Pożegnanie z Gibraltarem

Pożegnanie z Gibraltarem


  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Facebook Comments